ŁAGODNI

Autor: Krzysztof Celiński

"Tylko Rock", nr 6/94 (str. 37)


 

Ktoś odlicza dwa takty, perkusja nabija typowo rockowy rytm, dołącza gitara basowa, po chwili gitara. Tło subtelnie wypełnia się brzmieniem klawiszy. Głos wokalisty... jakby za mało wyżyłowany. Spoglądam na okładkę. Tak, to Rush...

Dwadzieścia lat później. Animate, pierwszy utwór z najnowszej płyty, Counterparts, trochę mnie zaskakuje Nie śledziłem ich kariery uważnie. Kiedyś, przed prawie dwudziestu laty, widziałem ich na żywo. Nie na wielkim stadionie czy w znanym klubie... Tylko na obskurnej scenie postawionej w samym środku wesołego miasteczka w centrum kanadyjskiej stolicy - Ottawy. Koniec sierpnia, upał, łoskot rozklekotanych wagoników zagłuszał piski przerażonych małolatów. Smród starego oleju, na którym smażono frytki, wiercił w nosie. Falujący tłum długowłosych, a na deskach estrady trzech facetów...

Ten przy mikrofonie jakiś brzydki i chudszy od swojej gitary basowej. Stał prawie na palcach zadzierając głowę do za wysoko umieszczonego mikrofonu. Śpiewał takim głosem, że spokojnie przebijał się przez wszystkie te karnawałowe hałasy. Nie pamiętam, jakie utwory grali, bo słabo ich znalem. Jechali jednak ostro w bardzo riffowym, hardrockowym stylu W trójkę potrafili brzmieć bardziej gęsto niż niejedna kapela o większym składzie. Odpowiedzialność takiego małego składu jest niewątpliwie duża: dźwiga ciężar aranżacji i musi jeszcze wykazać się zdolnościami solistycznymi. Jimi Hendrix był nieprzeciętnym gitarzystą i kompozytorem, więc mógł sobie na to pozwolić na trio Experience. Zespół Cream położył podwaliny pod ambitny rock grany w trojkę, ale byli to mistrzowie tej miary co Eric CIapton, Jack Bruce i Ginger Baker. Emerson, Lake And Palmer mieli klawisze do dyspozycji, a The Police nowe pomysły i świetnego wokalistę.

Rush już wtedy bardzo dobrze poruszał się po zawiłościach unisonowych, gitarowo-basowych riffów, uzupełniających się motywicznych kontrapunktów i zmian rytmicznych. Na pierwszej płycie nie było to jeszcze tak perfekcyjnie zgrane jak później, ale startującemu zespołowi można wybaczyć wiele. Ta pierwsza płyta wypełniona była muzyką brzmiącą jak amerykańska wersja Led Zeppelin. Geddy Lee śpiewał i frazował jak "lżejszy" Robert Plant. Konwencja utworów plasowała ich gdzieś w środkowym nurcie amerykańskiego hard rocka.

Tak jak inni, Rush próbował chyba naśladować to, co było najlepsze w angielskim i amerykańskim rocku. Ale grę zespołu cechowała zawsze pewna zastanawiająca łagodność. Może to wina kanadyjskiego pochodzenia zespołu? A może tak jest dlatego, że panowie Lee, Lifeson i Peart zwyczajnie się lubią? W każdym razie, gdy słucha się wyboru z dwudziestoletniego dorobku Rush, tego jadowitego, rockowego zęba trochę brakuje. Nawet głos Geddy'ego Lee, największy atut brzmieniowy zespołu, z upływem czasu stał się bardziej stonowany. Może basista bał się go zedrzeć do końca? Czy w rocku takie zachowawcze myślenie nie tępi trochę ostrza muzyki? Bo tak naprawdę to Rush w czasie całej swej długiej kariery nic wzniósł się na najwyższy poziom rockowej hierarchii. Zaskakuje brak naprawdę chwytliwych utworów w ich twórczości. Nie brakowało im inwencji w komponowaniu riffów, w dobieraniu ciekawych rozwiązań harmonicznych czy urozmaiceń rytmicznych. Nie można im zarzucić braku potencjalnie dobrych pomysłów. Posłuchać wystarczy Finding My Way i Working Man z pierwszej płyty. Późniejsze wprowadzenie syntezatorów bez poszerzania składu też można uznać za przejaw rosnących ambicji wykonawczych i aranżacyjnych. Ale gdy syntezatorowe plamy szczelnie wypełniły i tak już małe luki w aranżacjach nastąpiło ostateczne złagodzenie dźwięku Rush. Tak jakby zespół łagodnie i elegancko się zestarzał...

Może to za mocno powiedziane. Bo jak wynika z koncertowego albumu A Show Of Hands publiczność żywiołowo reaguje na ich mistrzostwo estradowe. I tak jak - w przypadku niejednego zespołu - magia Rush leży właśnie w estradowym wcieleniu. Bo głos Geddy'ego Lee, teraz nieco wtopiony w instrumentalne tło, nie jest tak ekspresyjny jak kiedyś. Partie gitarowe Alexa Lifesona są zawsze dobre, ale nie są porywające. A rajcowne utwory, jak Marathon z płyty Power Windows, mimo energicznego ostinata, bogactwa barw syntezatorów i gitary jakoś rozmywają się Po rezygnacji z górnych rejestrów głosowych Geddy Lee nie zaproponował czegoś w zamian. Więc, jakby ktoś pytał, to ten wyżyłowany głos sprzed dwudziestu lat i dobre riffowe kawałki z pierwszej płyty są bliższe memu sercu. Surowość brzmienia i prostota wspólnie granych riffów pasuje mi bardziej do nazwy Rush...

KRZYSZTOF CELIŃSKI

 


Czytaj dalej: Wizja w trzech wymiarach - Rush na kasetach wideo


[Z archiwum R]    [Strona główna]