OD RUSH DO COUNTERPARTS

Prawie wszystko o płytach Rush

Autorzy: Grzesiek Kszczotek i Artur Łobanowski

"Tylko Rock", nr 6/94 (str. 30-39)

Skala ocen:
* * * * *   wstyd nie mieć
* * * *trzeba posłuchać
* * *warto posłuchać
* *można posłuchać
*prezent dla wroga


 

RUSH

Moon (1974)

Finding My Way; Need Some Love; Take A Friend; Here Again; What You're Doing; In The Mood; Before And After; Working Man

Skład: Geddy Lee - voc, b; Alex Lifeson - g, voc; John Rutsey - dr, voc
Produkcja: Rush

* * * 1/4

Po czterech latach ćwiczeń w piwnicach i grania w podrzędnych lokalach trójka przyjaciół własnym sumptem - za jakieś dziewięć tysięcy dolarów - nagrała ten album. Album, którego początkowo nikt nie chciał wydać. I trudno się temu dziwić. W końcu w 1974 roku ta muzyka - żywiołowo wykonywany, ale dość stereotypowy hard rock - mało kogo już ekscytowała. Owszem, podobnie grali Nazareth, UFO czy nawet Led Zeppelin, ale... trzy, cztery lata wcześniej. Niezbyt skomplikowane melodie i długie, ostre sola gitary... Takich zespołów w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych było co najmniej... kilkaset. I nawet charakterystyczny, wysoki, dość oryginalny głos Geddy'ego Lee mógł się kojarzyć z głosem Burke'a Shelley'a z Budgie - też basisty...

Na szczęście jednak coś w tej muzyce takiego było, że szefowie wytwórni Mercury podpisali z kanadyjskim triem kontrakt opiewający na dwieście tysięcy dolarów - na razie na dwie płyty. Ten pierwszy album, wznowiony w lipcu 1974 roku właśnie przez Mercury, osiągnął w Stanach sto piątą pozycję na listach bestsellerów. Całkiem nieźle jak na debiutantów...

Graliśmy angielski blues - utwory Johna Mayalla, Cream... - wspominał pierwsze lata działalności Geddy Lee. Alex udawał Erica CIaptona, a chciałem być Jackiem Bruce'em. Tego Creamu aż tak wiele tutaj nie słychać. Właściwie tylko w What You're Doing i w Working Man, najciekawszym muzycznie według mnie utworze płyty. Więcej za to Zeppelina (Finding My Way, Need Some Love, Take A Friend). Lee chwilami wręcz naśladuje manierę wokalną Roberta Planta, a gra Lifesona, szczególnie w Finding My Way, przypomina popisy Jimmy'ego Page'a. Jest już na Rush zapowiedź bardziej złożonych kompozycji. Na przykład utwór Before And After, w którym nagle, po dość długim, łagodnym instrumentalnym wstępie pojawia się niezwykle ostra część wokalna. Jest też jedna z niewielu ballad w muzycznej historii Rush. Here Again. Ledwie siedem i pół minuty. Prosty akompaniament. Odrobina patosu w partii gitary. Smutna, choć może czasem zbyt rozkrzyczana linia wokalna. To mógłby zaśpiewać równie dobrze Burke Shelley - Walijczyk z Budgie... (gk)


FLY BY NIGHT

Mercury (1975)

Anthem; Best I Can; Beneath, Between And Behind; By-Tor And The Snow Dog: At The Tobes Of Hades, Across The Styx, Of The Battle, Epilogue; Fly By Night; Making Memories; Rivendell; In The End

Skład: Geddy Lee - voc, b, g; Alex Lifeson - g, voc; Neil Peart - dr
Produkcja: Rush i Terry Brown

* * * 1/2

Pojawił się Neil Peart. Słychać różnicę. Niewielką, ale jednak. Utwory zyskały na melodyjności, przebojowości (Anthem, By-Tor And The Snow Dog, Fly By Night, Making Memories, Rivendell). Ale też nabrały tempa i ostrości. To nadal przede wszystkim żywiołowo zagrany hard rock. Podstawą tej muzyki był w dalszym ciągu mocny rytm basu i perkusji. A jeszcze większego znaczenia nabrały partie gitary. Nie tylko pojawiły się ostre i dość wymyślne sola (Anthem, By-Tor And The Snow Dog), Lifeson swoją grą pomysłowo wypełnił też melodyczne tło kolejnych utworów (Anthem, Best I Can). I nawet tak mało ciekawa kompozycja, jaką jest Beneath, Between And Behind, właśnie dzięki urozmaiconym gitarowym pochodom stała się po prostu ciekawsza...

Najważniejszy utwór płyty to By-Tor And The Snów Dog. W tej czteroczęściowej minisuicie są i solo perkusji, i skomplikowana rytmicznie partia gitary basowej, i popisy gitary - zarówno ostre, hardrockowe wstawki, jak i łagodne, kantylenowe tematy. Zwraca uwagę udany drobiazg Making Memories, jakby w stylu akustycznych miniatur Budgie. A także stonowana, melancholijna ballada Rivendell, z partią wokalną bliską szeptu.

Trochę zdziwiła mnie dość banalna piosenka tytułowa Fly By Night - łatwo wpadającym w ucho refrenem, prostotą aranżacji. Jakby stworzona z myślą o liście przebojów. Chociaż wydana na singlu (razem z utworem In The Mood z pierwszego albumu) osiągnęła dwa lata później zaledwie osiemdziesiątą ósmą pozycję w zestawieniu "Billboardu"... (gk)


CARESS OF STEEL

Mercury (1975)

Bastille Day; I Think I'm Going Bald; Lakeside Park; The Necromancer: Into The Darkness, Under The Shadows, Return Of The Prince; The Fountain Of Lamneth: In The Valley, Didacts And Narpets, No One At The Bridge, Panacea, Bacchus Plateau, The Fountain

Skład i produkcja: jak wyżej

* * *

Istnieją dwie szkoły na osiągnięcie sukcesu w branży muzycznej. Amerykańska, czyli błyskotliwy debiut poparty talentem lub w ostateczności stosownym image'em i gigantyczną promocją. Oraz niemiecka, której istotę stanowi upór i okupiona litrami potu ciężka praca.

Trio z Toronto jest wręcz wzorcowym przykładem drugiego wariantu. Po wysłuchaniu kilku pierwszych płyt Rush nie mogłem się uwolnić od natrętnego skojarzenia kariery zespołu z pewną mitologiczną postacią, mozolnie toczące kamień pod górę. Ale do rzeczy Na trzecim w dyskografii Rush albumie Geddy, Neil i Alex wyraźnie poprawili swoje umiejętności warsztatowe. Natomiast muzyka (podobnie jak na wcześniejszych płytach) nadal nie ma w pełni autorskiego charakteru. Na Caress Of Steel wciąż słychać fascynację brytyjskim rockiem. I Think I'm Going Bold z page'owskim rhythm'n'bluesowym riffem i hi-hatem granym "pod włos" (patrz "Bonzo" Bonham) to niewątpliwy wpływ twórczości Led Zeppelin. Także Lakeside Park stylistycznie nawiązuje do dokonań Zeppelina. Potęguje to wrażenie maniera wokalna Geddy'ego Lee, który niemal śpiewa głosem Roberta Planta.

Znaleźć tu można też trochę poczciwego Black Sabbath. Finałowe solo w Into The Darkness przypomina Warning z repertuaru Iommiego i spółki. Nie ma w tym nic dziwnego W połowie lat siedemdziesiątych większość rockowych orkiestr po obu stronach Atlantyku pozostawała pod wpływem czołowych zespołów brytyjskiej fali. Żeby było weselej te stylizowane utwory stanowią najmocniejszy atut Caress Of Steel. Pozostałą część albumu wypełniają dwie quasi-suity, podzielone odpowiednio na trzy i sześć części. O ile jednak The Necromancer utrzymuje przyzwoity poziom, to The Fountain Of Lamneth jest zwyczajnie nudna, a balladowy nastrój psuje wysilony głos wokalisty, który uparcie używa wibrata pod koniec każdej frazy. Rozmiłowanym w suitowych formach wielbicielom Yes, Genesis czy Mike'a Oldfielda wysiłki Rush mogą się wydać nieudolne. No, może z wyjątkiem Return Of The Prince, którego melodyka i zróżnicowana aranżacja bardzo przypomina późniejsze, charakterystyczne brzmienie grupy. Szczerze się jednak przyznam, że zdecydowanie bardziej w wykonaniu Rush podobają mi się ostrzejsze, motoryczne kompozycje i płyty. (ał)


2112

Mercury (1976)

2112: Overture, The Temples Of Syrinx, Discovery, Presentation, Oracle, The Dream, Soliloquy, Grand Finale; A Passage To Bangkok; The Twilight Zone; Lessons; Tears; Something For Nothing

Skład i produkcja: jak wyżej

* * * * 1/4

Nadszedł rok dwa tysiące sto dwunasty. Jesteśmy na jednej z odległych planet, gdzieś poza naszą galaktyką... 2112 to concept album. Pierwszy w historii Rush. Pierwsza część trylogii opisującej baśniowo-fantastyczny świat kosmosu. Jest samotny bohater. Jest dobro i jest zło. Jest muzyczna opowieść o dalekim w czasie i przestrzeni świecie, ujęta w formę dwudziestominutowej suity .

Ale grupa wcale nie zmieniła stylu, tyle ze po prostu zaczęła grac mądrzej. Rozwinęła się. Potrafiła połączyć to, co najlepsze w układanej od kilku lat łamigłówce, w nową, efektowną całość. Wiele tu zmian tempa, rytmu, dynamiki. Nagłych przejść od jednej melodii w drugą, od łagodnego śpiewu we wrzask.. Pełno w tej długiej kompozycji tytułowej muzycznych kontrastów. Zawahań. Dramatycznych spięć, pauz, urwanych myśli... Nerwowe, niezwykle rytmiczne granie całej trojki ustępuje nagle miejsca nastrojowej, przejmującej partii gitary. Łagodny śpiew przeistacza się w przerażający krzyk. A ze zgiełku wyłania się szum... jakby górskiego potoku. Jest tu miejsce na intrygujący fragment pozbawiony pulsu perkusji. Jest miejsce na nieoczekiwane gitarowe brzmienia jakby rodem z muzyki Yes.

Pozostałe kompozycje przypominają wcześniejsze dokonania Rush. Dominuje mocny hard rock z unisonowymi pochodami gitary i basu, niebanalnymi partiami perkusji i przeszywającym głosem Geddy'ego Lee (A Passage To Bangkok, The Twilight Zone, Lessons). Ale znalazło się wśród nich miejsce także dla jednej z nielicznych melancholijnych ballad panow Lee, Lifesona i Pearta (Tears).

Tym albumem Rush zyskał popularność. 2112 dotarł w okolice sześćdziesiątego miejsca na liście "Billboardu", a jeszcze większe powodzenie miał w Europie. (gk)


ALL THE WORLD IS A STAGE

Mercury (1976)

Bastille Day; Anthem; Fly By Night; In The Mood; Something For Nothing; Lakeside Park; 2112: Overture, The Temples Of Syrinx, Presentation, Soliloquy, Grand Finale; By-tor And The Snow Dog; In The End; Working Man / Finding My Way

Skład i produkcja: jak wyżej

* * 3/4

Program opatrzonego nieco napuszonym tytułem koncertu składa się w większości z szybkich, rytmicznych kompozycji. Cierpi na tym trochę dramaturgia, natomiast niewątpliwie zyskuje dynamika albumu. Utwory znane wcześniej z produkcji studyjnych, na żywo wypadają równie przekonująco. Godne uznania jest to, że taki efekt muzycy osiągnęli z pomocą skromnego przecież instrumentarium. Jest to prawdopodobnie zasługą "gęstych", bogatych fakturowo partii bębnów, basu i gitary, które uzupełniając się wzajemnie tworzą potężną ścianę dźwięku. Bezsprzecznie największe uznanie należy się Neilowi Peartowi, którego technika może wpędzić w kompleksy niejednego amatora perkusji. Peart grający na gigantycznie rozbudowanym "składzie" nie ogranicza się bynajmniej tylko do wybijania rytmów. Jego karkołomnie zaaranżowane partie stanowią jedną z najmocniejszych stron muzyki tria z Toronto.

O ile do warstwy technicznej nie można mieć zastrzeżeń, to od strony artystycznej All The World Is A Stage nie musi zachwycać. Nie da się ukryć, ze Rush był (i jest) zespołem kiepsko improwizującym. Kolejne utwory (Bastille Day, Anthem, Fly By Night) niemal nie różnią się od oryginalnych, studyjnych wersji. Brawo! To dowód profesjonalizmu muzyków - zakrzykną zwolennicy zamkniętych form. Ja jednak uważam, że aptekarska dokładność w odtwarzaniu każdego szczegółu studyjnej aranżacji podważa sens występu na żywo. Gdyby nie oklaski publiczności i krótkie monologi wokalisty - All The World Is A Stage mógłby śmiało uchodzić za składankę przebojów grupy w wersjach studyjnych. Wyjątek stanowi In The End, w którym Alex Lifeson zagrał kilka przypadkowych dźwięków. Niestety trochę to za mało, żeby w pełni oddać koncertowy charakter albumu. (ał)


A FAREWELL TO KINGS

Mercury (1977)

A Farewell To Kings; Xanadu; Closer To The Heart; Cinderella Man; Madrigal; Cygnus X-1

Skład i produkcja: jak wyżej

* * * *

Można pokusić się o stwierdzenie, że eksperymentatorskie skłonności Rush, wyczuwalne już na 2112, w pełni uzewnętrzniły się na A Farewell To Kings. Dotyczy to zarówno warstwy muzycznej, jak i literackiej albumu. Rozbudowane, nierzadko bardzo skomplikowane aranżacje utworów (Cygnus X-1, A Farewell To Kings) stanowią doskonałą oprawę dla baśniowo-kosmicznych tekstów. Zaskakujące zmianami tempa, nastroju i dynamiki kompozycje (Madrigal, Xanadu) już tylko w niewielkim stopniu przypominają proste piosenki z pierwszych płyt. Nie znaczy to jednak, że muzyka Rush utraciła rockowy charakter. Nic podobnego. Geddy, Neil i Alex nie zapomnieli o swoich korzeniach, mimo stylistycznych przeobrażeń. Obok akustyczno-elektronicznych fragmentów nadal nie brakuje klasycznie rockowych zagrywek i podziałów. Także sposób studyjnej realizacji nagrań może świadczyć o ich rockowym rodowodzie. "Podbite" kompresją brzmienia basu i bębnów (Cygnus X-1, A Farewell To Kings) wzmocnione są dodatkowo niskimi dźwiękami syntezatora. Takie ustalenie proporcji niskich i wysokich tonów przenosi środek ciężkości brzmienia w stronę sekcji rytmicznej, zostawiając inne pasma dla gitary. Obok przesterowanych gitar i obniżenia stroju jest to często stosowany patent nadający brzmieniu ciężkości.

Pomijając już techniczne szczegóły trzeba obiektywnie przyznać, że A Farewell To Kings to zbiór bardzo stylowych kompozycji. Całość materiału jest przemyślana i po mistrzowsku wykonana. Zwraca uwagę wyobraźnia muzyków. Ornamentowe użycie mooga (Xanadu, Cinderella Man), dzwonów rurowych (Closer To The Heart) i wiolonczeli (Madrigal) może świadczyć o wyrafinowanym guście lub przynajmniej o pozytywnym snobizmie członków zespołu.

Intelektualna poza Rush znajduje swój wyraz także w tekstach. Jakby na przekór stereotypom o umysłowym ograniczeniu perkusistów ich autorem jest w większości Neil Peart. Używając wyrafinowanych metafor i wieloznacznych odniesień Neil snuje fantazje o życiu, przyjaźni, prawdzie... Doskonale koresponduje to z muzyczną zawartością płyty. (ał)


HEMISPHERES

Mercury (1978)

Cygnus X-1 Book II Hemispheres: Prelude, Apollo/Dionysus, Armageddon, Cygnus, The Sphere; Circumstances; The Trees; La Villa Strangiato (An Exercise In Self-lnguldence)

Skład: jak wyżej
Produkcja: Rush i Terry Brown

* * * * 1/2

W 1978 roku panowie Lee, Lifeson i Peart nagrali zupełnie dobrą płytę. Nie odkrywczą, bo wypełnioną pomysłami, które można było poznać wcześniej, jak choćby aranżacja i niektóre gitarowe zagrywki Lifesona pod Yes w utworze La Villa Strangiato, ale bez wątpienia porażającą niespotykaną mocą.

W rushowym pędzie długiego, osiemnastominutowego Cygnus X-1... nie ma prawie czasu na chwilę wytchnienia. Zapierająca dech kosmiczna opowieść dopiero po kilkunastu minutach spiętrzonych lawinowo motywów i melodii zastyga na chwilę i nagle wkraczamy jakby w inny świat - budowany z pomocą cichych dźwięków syntezatora - nierealny, tajemniczy...

Circumstance to niezwykle dynamiczna kompozycja, w której Rush nie po raz pierwszy potrafi zachwycić zawiłościami faktury rytmicznej. Nieco patetyczny utwór The Trees zwraca uwagę chociażby wstępem nasyconym atmosferą muzyki barokowej i wyszukanym kontrapunktem w partiach instrumentalnych w dalszej części. Z kolei nagranie La Villa Strangiato z podtytułem An Excercise In Self-Inguldence, nasycone jazzrockową aurą, to tylko popis umiejętności instrumentalistów, z Alexem Lifesonem w głównej roli.

Szkoda, ze po nagraniu tej płyty muzycy zrezygnowali z tworzenia długich i skomplikowanych formalnie kompozycji. Rush należał do tych niewielu zespołów, których suitowe utwory naprawdę przykuwały uwagę. Pełne polotu pochody, a właściwie niemal sola basu. Zmienny jak w kalejdoskopie puls perkusji i ornamenty innych instrumentów perkusyjnych. Różnorodne - od kantylenowych po pełne dźwiękowego brudu gitarowe tematy. A także subtelne syntezatorowe tła. l naturalnie głos Geddy'ego Lee. Śpiew, który mógł drażnić. Ale który mógł równie dobrze zachwycać. Ich późniejsze płyty straciły niestety nieco na sile wyrazu. Zabrakło fantazji, a niewinność zastąpiła rutyna... (gk)


PERMANENT WAVES

Mercury (1980)

The Spirit Of Radio; Freewill; Jacob's Ladder; Entre Nous; Different Strings; Natural Science

Skład i produkcja: jak wyżej

* * * 1/2

Słuchając "stylowych" albumów Rush można odnieść wrażenie, że muzycy robią wszystko, aby nikt nie mógł ich posądzić o granie w określonym metrum dłużej niż kilka sekund. Ogarnięcie gmatwaniny przejść, rytmów i zaskakujących zagrywek może miejscami przekraczać percepcyjne zdolności przeciętnego słuchacza. Toteż, jak sądzę, muzyka z Permanent Waves nie przypadnie do gustu zwolennikom prostych, nieskomplikowanych utworów. Tym jednak, których nie odstrasza maniera Rush, album powinien się podobać. Kompozycje zawarte na płycie są stylistycznie jednorodne i dopracowane z typową dla Rush perfekcją (nienaganność realizacyjna jest już w tym przypadku chyba przysłowiowa). Najbardziej cieszy fakt, że zespół wypracował już własne, rozpoznawalne brzmienie. Dotychczas jego najsłabszym ogniwem była - moim zdaniem - gitara Alexa Lifesona. Jego grze brakowało indywidualnego charakteru. Tymczasem na Permanent Waves słychać wyraźnie że Alex posiadł wreszcie własny styl, którego istotę oprócz "rozkładanych" akordów i atonalnych skal stanowi lekko zabrudzone, zmiękczone chorusem brzmienie.

Również śmiałe użycie syntezatorów nie pozostaje bez wpływu na muzyczny wizerunek grupy. Elektroniczne dźwięki niejednokrotnie nadają utworom klimat rodem z filmów science-fiction (Jacob's Ladder; Entre Nous; Different Strings; Natural Science). Takie skojarzenie nie jest chyba przypadkowe. Również w tekstach (jak zwykle autorstwa Pearta) znajduje odbicie fantastyczno-naukowa tematyka. Odległe galaktyki, bezmiar wszechświata, dziwaczne cywilizacje i stworzenia - to główni bohaterowie opowieści. Wyjątek stanowi otwierający album The Spirit Of The Radio opowiadający o istocie (i fenomenie) radia. Co ciekawe, ostatnie kilka taktów tego bądź co bądź ostrego utworu muzycy zagrali w stylu reggae, co nadało mu nie do końca poważny charakter.

Podsumowując: płyta utrzymana jest na tradycyjnie wysokim poziomie. Dzięki pomysłowym aranżacjom album nie jest nudny. Na osobną pochwałę zasługuje Geddy Lee, który śpiewa spokojniej i nie nadużywa wysokich rejestrów, co często zdarzało mu się w przeszłości. (ał)


MOVING PICTURES

Mercury (1981)

Tom Sawyer; Red Barchetta; YYZ; Limelight; The Camera Eye; Witch Hunt; Vital Signs

Skład: jak wyżej
Produkcja: Rush i Terry Brown

* * * * *

Ktoś pewnie zapyta: Dlaczego właśnie Moving Pictures to jest ta najlepsza płyta w dyskografii Rush? Dlaczego to właśnie ona na obu półkulach naszego świata dotarła do trzeciego miejsca najlepiej sprzedawanych płyt? Stało się tak, ponieważ... Nie, nie ma jasnej i prostej odpowiedzi...

Jedna z przyczyn to bez wątpienia świetnie dobrany zestaw utworów. Każdy z nich, i Tom Sawyer z przebojowym tematem syntezatora, i nieco melancholijny Limelight, i nawet zakręcony rytmicznie, instrumentalny YYZ, jest na swój sposób doskonały. Wielkie słowa bez pokrycia? Niemal każda tezę można obalić. Ale... weźmy wspomnianego Toma Sawyera. Niby są tu wyłącznie elementy znane już z twórczości Rush, ale czy kiedykolwiek słyszeliśmy je w wykonaniu tak pełnym polotu, tak doskonałym? A Red Barchetta? A YYZ, gdzie Lee, Peart i Lifeson jak tylko mogą komplikują rytmicznie i melodycznie partie swoich instrumentów. Limelight to zwykła piosenka z ambitniejszym niż w innych akompaniamentem. Również minisuita The Camera Eye niczym wielkim - poza sprawdzonymi już pomysłami - nie zaskakuje. W Witch Hunt pojawia się jakby nastrój grozy, budowany przez ponury glos wokalisty, mroczne riffy gitarowe, szum dzwonków. I jeszcze Vital Signs, w którym zachwyca choćby harmonijne połączenie pełnego napięcia śpiewu i niemal synkopowanego akompaniamentu gitary. I już cala płyta...

W czym tkwi tajemnica? Chyba w bogactwie melodii. Mimo - jak zawsze - koszmarnie skomplikowanych partii gitary, basu i perkusji to bardzo melodyjna płyta Rush. Każdy utwór ma chwytliwy temat, którego zazwyczaj nie burzą, jak to się zdarzało, np. nagłe zmiany rytmu. Poza tym Geddy Lee śpiewa bardziej normalnie, w nie tak wymuszony sposób jak kiedyś. Śpiewa o nas samych, zamkniętych w sobie zwykłych śmiertelnikach (Limelight). O tkwiącym chyba w każdym marzeniu o powrocie do przeszłości (Red Barchetta). O grozie wielkiego miasta (The Camera Eye). O braku tolerancji, o rasizmie, o głupocie tłumu (Witch Hunt)... (gk)


EXIT... STAGE LEFT

Mercury (1981)

Spirit Of Radio; Red Barchetta; YYZ; Closer To The Heart; Beneath, Between And Behind; Jacob's Ladder; Broon's Bane; The Trees; Xanadu; Freewill; Tom Sawyer; La Villa Strangiato

Skład: jak wyżej
Produkcja: Terry Brown

* * * * 1/3

To mogłaby być świetna płyta koncertowa. Mogłaby, gdyby jednak kolejne utwory nie poprzedzielano chwilami ciszy. To burzy atmosferę koncertu. Przynajmniej w moim odczuciu. Szkoda również - jeśli się już czepiam - pojawienia się w tym zestawie nieco "rozlazłego" Xanadu. Ta skądinąd bardzo ciekawa kompozycja w zderzeniu z ostrymi, żywiołowo zagranymi utworami wypada niestety trochę blado. Dużo lepszym rozwiązaniem byłoby umieszczenie tu na przykład wyjątków z suity Cygnus X-1 Book II z albumu Hemispheres. Ale i tak płyty Exit... Stage Left (jej tytuł zaczerpnięto z kreskówki o psie Huckelberym) słucha się znakomicie. Choćby świetnie wykonanej na ŻYWO kompozycji YYZ. To, co robią tu Peart, Lee i Lifeson, pozostawia z pewnością olbrzymie wrażenie. A długie solo perkusji, którego brak zresztą na studyjnej płycie, na wiele lat może wpędzić debiutantów pałkowania w spore kompleksy. Znakomicie wypada Closer To The Heart. Dreszcze przechodzą po plecach, gdy Geddy Lee śpiewa z publicznością tekst utworu. Nie inaczej jest przy okazji gitarowej miniatury Broon's Bane w stylu Steve'a Howe'a - łagodnie przechodzącej w cudowny tego wieczoru wstęp do The Trees. Coś jeszcze? Każdy utwór to wykonawcze mistrzostwo świata. Nie chcę kolejny raz pisać o instrumentalnych umiejętnościach muzyków tria. Ale podoba mi się, że nie jest to tylko zimne odegranie nuta w nutę kolejnych utworów. Podoba mi się to, że w tej zaplanowanej do ostatniej nuty muzyce jest mimo wszystko miejsce dla wykonawczej brawury i pewnego rodzaju muzycznego ciepła. Szczególnie wtedy gdy Geddy Lee równocześnie śpiewa, gra na basie i obsługuje stopami coś, co przypomina klawisze syntezatora... (gk)


SIGNALS

Mercury (1982)

Subdivisions; The Analog Kid; New World Man; Losing It; Countdown; Chemistry; Digital Man; The Weapon

Skład i produkcja: jak wyżej

* * *

Staruszek Darwin prawdopodobnie zdziwiłby się na wieść, że w przyszłości teoria ewolucyjnego rozwoju stosowana będzie w odniesieniu do zgoła nieprzyrodniczych dziedzin. Okazuje się, że nawet w przypadku tak abstrakcyjnego pojęcia, jakim jest "muzyka", termin "ewolucja" znajduje swoje uzasadnienie. Weźmy na przykład taki Rush. Muzyka tego zespołu zmienia się z płyty na płytę, przy odrzuceniu cech nieprzydatnych i dziedziczeniu tych wartościowych, które stanowią o jej charakterze. Czasami jednak zdarza się, że niektóre wady nie są w porę eliminowane. Przykładem może być instrumentarium Rush. Obfite użycie stringowych dźwięków syntezatora w połączeniu z mnogością pogłosów (Subdivisions, Digital Man, Chemistry, The Weapon) spowodowało przestrzenne "rozciągnięcie" planów a w konsekwencji łagodniejsze, mniej wyraziste brzmienie. Zbytnio - według mnie - oddalone partie gitary i dysproporcja między wysuniętym do przodu śpiewem wokalisty a resztą orkiestry (Subdivisions, Losing It) potęgują jeszcze ten efekt. Być może zresztą to tylko moje odczucie, gdyż wielu wielbicieli grupy właśnie takie brzmienie Rush uważa za najbardziej typowe.

Mimo zdecydowanie łagodniejszej formuły na Signals znaleźć można kilka zupełnie niezłych kompozycji. Imponująco brzmi karkołomny pasaż zagrany unisono przez bas i gitarę w Analog Kid. Także solówki w New World Man i Countdown brzmią przekonująco. Pojawiają się w nich coraz częściej "piski" sztucznych flażoletów które z czasem staną się jednym z ulubionych sposobów artykulacji Lifesona. Nie można też złego słowa powiedzieć o perkusyjnych partiach. Rytmiczne figury grane przez Pearta tradycyjnie już stanowię prawdziwy atut muzyki zespołu. Jednak gdy znam bardziej rockowe oblicze Rush, trudno mi się przyzwyczaić do nieco mdłego ujęcia dobrych skądinąd utworów. (ał)


GRACE UNDER PRESSURE

Mercury (1984)

Distant Early Warning; Afterimage; Red Sector A; The Enemy Within; The Body Electric; Kid Gloves; Red Lenses; Between The Wheels

Skład jak: wyżej
Produkcja: Rush i Peter Henderson

* * * 3/4

Właściwie to ostatnia - aż do ukazania się dziewięć lat później albumu Counterparts - ostra, rockowa płyta Rush. Pomimo dużej już obecności instrumentów klawiszowych, których brzmienie wciąż (na szczęście!) nie jest w stanie wygładzić nieco hałaśliwej i niezwykle rytmicznej muzyki tria. Zwróćcie szczególnie uwagę na utwór Afterimage. Jeden z najlepszych - moim zdaniem - jaki Rush nagrał w latach osiemdziesiątych. To właściwie pięciominutowa minisuita. Niemal Rush z poprzedniego dziesięciolecia w pigułce. Wiec melodyjny, chwytliwy wstęp. A zaraz potem nagła zmiana rytmu i melodii. Jest świetny gitarowy akompaniament Lifesona, ale i mocne, świdrujące w uszach jego solo. I jeszcze śpiew, i gra na basie Lee, i perkusja Pearta. Kolejny raz należałoby powtórzyć, że robią to w sposób doskonały, z niezwykłą inwencją. Nie wychylając się poza mur świata wymyślonej przez siebie na samym początku muzyki...

A obok, na płycie jest utwór Red Sector A. Równie interesujący. Przede wszystkim ze względu na idealne łączenie partii gitary z głosem Geddy'ego Lee. Zresztą nie po raz pierwszy. Alex Lifeson w najbardziej odpowiednich momentach podkreśla ważną rolę śpiewanych przez basistę tria słów. A to wcale nie jest wesoła płyta. Raczej pesymistyczna wizja oczekującej nas smutnej przyszłości...

Afterimage i Red Sector A to bez wątpienia najciekawsze kompozycje na Grace Under Pressure. Co wcale nie znaczy, że jedyne warte wysłuchania. Trzeba zwrócić uwagę na piekielnie trudne linię basu w The Enemy Within. Czy zobaczyć, jak na prostej, niemal szkolnej partii perkusji Neila Pearta, można zbudować całkiem niezłą miniaturę (The Body Electric). Albo raz jeszcze nacieszyć się naprawdę niezłą grą Lifesona w Kid Gloves i Between The Wheels...

Ostatnia tak dobra płyta Rush? Tak myślałem do ubiegłego roku... (gk)


POWER WINDOWS

Mercury (1985)

The Big Money; Grand Designs; Manhattan Project; Marathon; Territories; Middletown Dreams; Emotion Detector; Mystic Rhythms

Skład jak: wyżej
Produkcja: Rush i Peter Collins

* * * 1/2

Muzyka Rush jest jak wino. Z czasem dojrzewa. Poczynając od Grace Under Pressure a na Roll The Bones kończąc, kolejne studyjne produkcje zespołu utrzymują się na mniej więcej jednakowym - dobrym poziomie. Power Windows od tego poziomu nie odbiega. Kolejne kompozycje oprócz sztandarowych cech stylu Rush posiadają dodatkowy element: melodyjne (często wielogłosowe) refreny. Nic więc dziwnego, że to właśnie utwory z Power Windows (Manhattan Project, Marathon, Mystic Rhythms) najczęściej goszczą w radiowych audycjach. O przebojowym charakterze tej płyty zadecydowała także jej prostsza warstwa rytmiczna. Zespół częściowo zrezygnował z permanentnych zmian tempa i metrum, na czym zyskała motoryka utworów. I nie jest to tym razem tylko zasługą perkusisty.

Geddy Lee, z racji tego, że śpiewa, rzadko kiedy doceniany jest jako basista. Chyba jednak niesłusznie. Jego gra jest naprawdę dobra. Od czasu kiedy Alex Lifeson ograniczył swoją rolę do grania solówek i długo brzmiących akordów ciężar partii prowadzących spadł na barki Geddy'ego. Trzeba przyznać że wywiązuje się z tego zadania znakomicie. Skomplikowane technicznie, nierzadko gęsto synkopowane pochody stanowią wraz z partią bębnów kanwę utworów (The Big Money, Grand Designs, Middletown Dreams; Mystic Rhythms). Nie byłbym jednak sobą, gdybym się do czegoś nie przyczepił Można mieć zastrzeżenia do pewnej schematyczności kompozycji. Rozpoczynanie wszystkich (!) utworów kilkutaktowym gitarowo-klawiszowym wstępem jest trochę nużące. Na szczęście taki drobiazg nie wszystkim przeszkadza. (ał)


HOLD YOUR FIRE

Mercury (1987)

Force Ten; Time Stand Still; Open Secrets; Second Nature; Prime Mover; Lock And Key; Mission; Turn The Page; Tai Shan; High Water

Skład i produkcja: jak wyżej

* * 1/2

Dla mnie - powiedział kiedyś Geddy Lee - "Hold Your Fire" to punkt zwrotny. Wspięliśmy się na górę i teraz, gdy osiągnęliśmy szczyt, musimy się zdecydować w jakim kierunku się udamy...

Moim skromnym zdaniem Lee, Lifeson i Peart nieco pobłądzili. I to już dwa, trzy lata wcześniej. Podążyli w kierunku oddalonym trochę od tego, za który wielu zwolenników tej muzyki - w tym także i ja - było im naprawdę wdzięcznych (2112, A Farewell to Kings, Hemispheres, Moving Pictures). Ale modzie na syntezatorowe cudeńka uległa większość... progresywno-rockowych zespołów, więc trudno się dziwić, że zaraziła się tym również i trójka z Kanady.

Szkoda tylko, że te zredukowane do czterech, pięciu minut utwory zaczęły z czasem tracić na ostrości i oryginalności. Coraz bardziej ta muzyka upodabniać się zaczęła niemal do słodkich i melodyjnych, heavymetalowych piosenek. W większej dawce po prostu niestrawnych.

Hold Your Fire to właśnie ten typ (na szczęście nie do końca) rocka. Nic brak tu jeszcze nagłych zmian rytmu, ale jest trochę za dużo wybrzmiewających długo pojedynczych akordów gitary (Open Secrets, Second Nature, Mission, High Water) i syntezatorowych plam brzmieniowych (Open Secrets, Lock And Key). Za dużo tych banalnych melodyjek. Choć Time Stand Still to rzeczywiście bardzo ładna piosenka. Z gościnnym udziałem ślicznej Aimee Mann, wtedy jeszcze śpiewającej w zespole 'Til Tuesday.

Ale pojawia się także i echo dobrego, starego Rush. Bardziej skomplikowane partie basu i perkusji w Lock And Key. Niezwykle bogaty w różnorodne gitarowe dźwięki akompaniament do Tai Shan. Fortepianowy wstęp w Second Nature. Typowe dla tria aranżacyjno-rytmiczne smaczki w Force Ten.

To wciąż jeszcze jest - mimo wszystko - jedyny i natychmiast rozpoznawalny Rush. (gk)


SHOW OF HANDS

Mercury (1989)

Intro; The Big Money; Subdivisions; Marathon; Turn The Page; Manhattan Project; Mission; Distant Early Warning; Mystic Rhythms; Witch Hunt; The Rhythm Method; Force Ten; Time Stand Still; Red Sector A; Closer To The Heart

Skład: jak wyżej
Produkcja: Rush

* * * *

Wydany w 1989 roku Show Of Hands został nagrany podczas tras koncertowych Power Windows Tour (86) oraz Hold Your Fire Tour (88). Nie jest to więc zapis jednego występu, a efektowna składanka z kilku koncertów. Album zmiksowany jest jednak w taki sposób, że trudno się tego domyślić. Być może dlatego, że lwią część repertuaru stanowią utwory zagrane na żywo w Birmingham (The Big Money, Subdivisions, Marathon, Distant Early Warning, The Rhythm Method, Time Stand Still, Red Sector A, Closer To The Heart). Moje wrażenia po kilkakrotnym wysłuchaniu tej płyty dotyczyły głównie jej technicznej strony. Długo zastanawiałem się, czy to możliwe, żeby trzech ludzi obsługiwało kilka instrumentów zachowując jednocześnie wszystkie elementy studyjnych aranżacji. Na przykład taki Witch Hunt lub Force Ten. Gra w nim gitara, bas, bębny i... dwa syntezatory! Książeczka kompaktu słowem nie wspomina o jakichkolwiek sidemanach wspierających zasadniczy skład. Podejrzenia moje zaczęły się koncentrować na studyjnej obróbce materiału. Ponieważ jednak nie miałem żadnych dowodów (a jestem uczciwym recenzentem), pofatygowałem się do znajomego, który jest posiadaczem Show Of Hands w wersji video. Gdy oglądałem film po raz pierwszy, moje zdumienie nie miało granic. Geddy Lee i Alex Lifeson oprócz rak używają do grania także stóp! Jestem pełen podziwu dla wokalisty, który śpiewa, gra skomplikowane pochody basowe i naciska nogą pedały (tak, tak, pe dały) syntezatora. A wszystko to robi jednocześnie! Czyste szaleństwo.

Profesjonalizm tych muzyków może niejednego wpędzić w kompleksy. Zwłaszcza, że muzyczna strona albumu jest bez zarzutu. Ba! Wersje niektórych utworów są nawet lepsze niż studyjne. Gitara Alexa brzmi potężniej, bardziej rasowo (The Big Money, Subdivisions, Manhattan Project). Podobnie bas i bębny. Tu już nie można nikogo oszukać. Rush to z pewnością rockowa orkiestra. Niestety, atmosfery koncertów możemy się tylko domyślać. Studyjny "czyściciel" wykasował okrzyki publiczności pozostawiając tylko ich żałosne szczątki. Wierzę jednak, że było gorąco, bo że było głośno - to wiem na pewno. (ał)


PRESTO

Atlantic (1989)

Show Don't Tell; Chain Lighting; The Pass; War Paint; Scars; Presto; Superconductor; Anagram; Red Tide; Hand Over Fist; Available Light

Skład: jak wyżej
Produkcja: Rush i Rupert Hine

* * * *

Mogłoby się wydawać, że Rush nie może już niczym zaskoczyć swoich wielbicieli. W końcu trzeba nie lada kondycji, żeby przez tyle lat utrzymywać się w muzycznej pierwszej lidze. Tymczasem trio wydało album, na którym jego styl uległ kolejnej transformacji. Muzycy zrezygnowali z większości brzmieniowych "ulepszaczy". Perkusja i bas nagrane zostały bez pogłosów w efekcie czego brzmią mocno i wyraźnie. Neil Peart uległ modzie na cienki werbel i półotwarty hi-hat. Uderza też znacznie silniej. Chwilami jego gra przypomina nieco nawet styl Alexa Van Halena (Chain Lighting, War Paint, Superconductor). Takich prostych, a zarazem czadowych podziałów zespół nie grał chyba od czasu debiutu. Jest to jednak prostota niewymuszona, będąca wynikiem wyczucia i doświadczenia starych wyjadaczy. Na Presto każdy element ma wyważone proporcje Nie brakuje melodyjnych partii (War Paint, Anagram, Presto), wirtuozerskich popisów gitarzysty (Chain Lighting, Red Tide) i zawiłych rytmicznie linii basu. Całość brzmi nadspodziewanie jędrnie. Mniej tu może łatwo wpadających w ucho motywów.

Na przebój nadaje się właściwie tylko dynamiczny Superconductor. Rekompensuje to jednak bardzo wyrównany poziom wszystkich kompozycji. Odnoszę wrażenie że twórczy chaos tak wyraźnie wyczuwalny na starszych płytach został wreszcie ujarzmiony. Dźwiękowa przestrzeń Presto jest skonstruowana precyzyjnie ale z wysmakowaną skromnością. Dowodzi to zdolności i rutyny spółki Lee-Lifeson-Peart. Po wysłuchaniu kilkunastu płyt Rush nagranych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych mogę ze spokojnym sumieniem zaliczyć Presto do najbardziej udanych pozycji w niemałej przecież dyskografii grupy. (ał)


ROLL THE BONES

Atlantic (1991)

Dreamline; Bravado; Roll The Bones; Face Up; Where's My Thing?; The Big Wheel; Heresy; Ghost Of A Chance; Neurotica; You Bet Your Life

Skład i produkcja: jak wyżej

* *

Czy można jeszcze po wysłuchaniu i zrecenzowaniu kilkunastu kolejnych płyt Rush napisać o tej muzyce coś nowego? Można, jeżeli się okaże, że zmiany tempa nie są już tak nagłe jak kiedyś, a i kontrast między kolejnymi tematami nie jest już tak bardzo zauważalny.

To, co narodziło się gdzieś tak na albumie Signals, na Roll The Bones osiągnęło swoiste apogeum. Gdyby ktoś posłuchał najpierw płyty Moving Pictures, a potem, nie znając zupełnie kolejnych dokonań Rush trafił przypadkiem na Roll The Bones, musiałby się mocno zadziwić. Tak bardzo - mimo wszelkich wspólnych cech - zmieniła się ta muzyka. Poprzez syntezatorowe aranżacje stała się chociażby, przynajmniej pozornie, bardziej nowoczesna. Przede wszystkim zaś utraciła dawny charakter - nie ma w niej już tylu nagłych zmian tempa, rytmu, melodii. Nieliczne próby prawdziwie rushowego grania w dawnym stylu mnie przynajmniej nie przekonują (Dreamline, Roll The Bones, Ghost Of A Chance). Właściwie niewiele się tu dzieje. Czasem pojawia się może ostrzejsze solo gitary (Dreamline, Roll The Bones). Innym razem niemal rapowa melodeklamacja Ruperta Hine'a (Roll The Bones). Zresztą w kilku utworach słychać wymyślone przez tego pana charakterystyczne brzmienia chóralne (Face Up, You Bet Your Life). A tak na marginesie, czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta jego solowe płyty i utwór Samsara?...

Ale z Roll The Bones dla starego fana Rush najzwyklej w świecie wieje nudą. Dziesięć podobnych do siebie schematycznych piosenek. Prawie pięćdziesiąt minut monotonnej, pozbawionej jakiegoś niespodziewanego pomysłu muzyki. Właściwie tylko to po jej wysłuchaniu pozostaje... Trudno oczywiście zarzucić trójce muzyków brak znajomości rzemiosła, profesjonalizmu. Wszystko, co tu zrobili, jest rzeczywiście na najwyższym poziomie. Superprodukcja? Na pewno, ale w której brak niestety świeżości i odrobiny muzycznego szaleństwa... (gk)


COUNTERPARTS

Atlantic (1993)

Animate; Stick It Out; Cut To The Chase; Nobody's Hero; Between Sun & Moon; Alien Shore; The Speed Of Love; Double Agent; Leave That Thing Alone; Cold Fire; Everyday Glory

Skład: jak wyżej
Produkcja: Peter Collins i Rush

* * * * 1/2

Animate - świetny bas, dłuższe solo gitary i nienachalne brzmienie instrumentów klawiszowych. Stick It Out - nieco "połamany" rytm, niesamowite unisona gitary i basu. Nobody's Hero - chwytliwa melodia, smyczki w tle i tekst mówiący o smutnych sprawach. Morderczy rytm basu w Alien Shore. Nagłe zmiany rytmu i melodii w Double Agent. I nieco sentymentalna podroż w przeszłość, w instrumentalnym - głównie gitarowym - Leave That Thing Alone.

Nic nowego. Nic czym Rush mógłby kogolwiek zaskoczyć. Choć w porównaniu z poprzednimi płytami (Roll The Bones, Presto, Hold Your Fire) ta zachwyca niesamowitą siłą. Tu nie ma zbędnych nut. Niepotrzebnych fragmentów. Każdy kolejny utwór jest jak zapierający dech następny rozdział nie przeczytanej jeszcze książki. Niesamowite, jak z prostych pomysłów może zrodzić się coś niepowtarzalnego. Niemożliwego do podrobienia... I wcale nie chodzi mi o "zabójcze" rytmy basu czy wspaniałe gitarowe popisy Lifesona. Ważniejsza na Counterparts jest wyczuwalna w każdym niemal takcie świeżość i radość grania.

Ta płyta to po prostu pięćdziesiąt minut profesjonalnego rushowego grania, w którym jednak jest trochę miejsca na muzyczne szaleństwa, na niecodzienne pomysły... (gk)


(gk) GRZESIEK KSZCZOTEK
(ał) ARTUR ŁOBANOWSKI
 

 

Od autora strony: Zastanawiam się dlaczego ludzie, którzy nie lubią i nie rozumieją muzyki Rush, biorą się za recenzowanie albumów. Wszystko co możemy przeczytać w powyższych recenzjach, to "co jest do czego podobne". Nie ma to żadnego sensu.


Czytaj dalej: Łagodni


[Z archiwum R]    [Strona główna]