RUSH - SAMOTNOŚĆ DŁUGODYSTANSOWCA

Autor: Wojciech Machała

"Tylko Rock", nr 6/94 (str. 30-36)

W każdym numerze pisma Tylko Rock, określajacego się jako "jedyne pismo rockowe w Polsce", jest wkładka - kilka stron poświęconych jednemu zespołowi. Rush okazał się godnym wkładki dopiero w 34 numerze pisma.


 

W 1994 roku Rush obchodzić będzie dwudziestą rocznicę działalności w tym samym składzie - napisał perkusista Neil "Peart" Petrovic w notce dołączonej do wydanego w ubiegłym roku ostatniego albumu grupy, Counterparts. Wyobrażacie to sobie? Ci sami trzej faceci, którzy trzymają się razem przez tyle lat i wciąż potrafią odnaleźć drogę do serc i kieszeni pewnej liczby słuchaczy. Nie wiem, co jest bardziej zadziwiające. Ale widocznie albo chcemy pobić jakiś rekord, albo po prostu cieszy nas to, co robimy. Oto cała tajemnica. Jeśli w ogóle jest w tym jakaś tajemnica.

Swoje zdanie na temat tej fenomenalnej długowieczności składu Rush (chowają się nawet The Rolling Stones) mają również dwaj pozostali muzycy. Są trzy podstawowe przyczyny - twierdzi Geddy Lee, basista, pianista i wokalista w jednej osobie. Po pierwsze mamy wyraźnie zbliżone gusta muzyczne. Po drugie wszyscy jesteśmy równie ambitni. I mamy zdrowe poczucie humoru. A gitarzysta Alex "Lifeson" Żivotic dodaje: Lubimy spędzać czas razem. A poza tym każdy z nas ma swoje osobne zainteresowania, rodzinę, życie prywatne. Neila dzieli od nas jakieś 500 mil. Mieszka w Quebec i albo siedzi u siebie, albo wyprawia się na długie wycieczki rowerem. Geddy Lee i ja widujemy się częściej - gramy w tenisa od czasu do czasu i co najmniej raz w tygodniu gawędzimy. Naszym największym wrogiem może być znudzenie trasą koncertową. Ale nawet wtedy szukamy sobie czegoś ciekawego do roboty. Ostatnio na przykład uczyliśmy się francuskiego metodą Berlitza.

Taka wypowiedź może się wydać cokolwiek szpanerska. Ale co innego mógł Lifeson powiedzieć? Gdy inni leczą nudę koncertowych podróży alkoholem i narkotykami, muzykom Rush nie bardzo to wypada. Szlachectwo zobowiązuje - na tytuł zespołu metalowego dla ludzi myślących trzeba sobie zasłużyć. Każdym dniem. I choć z tym heavy meta1em w twórczości zespołu bywało różnie (wystarczy posłuchać albumów Signals, Power Windows albo Hold Your Fire), głowy w muzyce Lee, Lifesona i Pearta nie brakowało nigdy. Być może będę teraz powtarzać truizmy: że to trzy instrumenty prowadzone solowo (czwarty - klawisze Lee - służy jedynie wypełnianiu tła). Że muzyka nadzwyczaj kunsztowna rytmicznie i harmonicznie, pełna - niejednokrotnie symfonicznego - rozmachu. I choć większość kompozycji tria - zwłaszcza tych starszych - jest dość skomplikowana formalnie, ich konstrukcja wydaje się bardzo przejrzysta, przemyślana nieomal do ostatniej nuty. To zresztą wcale nie musi być komplement. Stylistyce grupy często zarzucano, że jest skostniała, przekombinowana, wyspekulowana, że nie ma w niej miejsca na odrobinę przypadkowości. Jednym słowem - że z muzyki Rush wieje chłodem. Być może. Ale słuchając ekspresyjnego śpiewu Geddy'ego Lee z koncertowej płyty Show Of Hands mam co do tego pewne wątpliwości. A z tym rzekomym dopracowywaniem utworów do ostatniego szczegółu to też nie zawsze było tak. Graną po dziś dzień na koncertach kompozycję Xanadu z albumu A Farewell To Kings zarejestrowano przed laty w całości za pierwszym podejściem...

JAK HARTOWAŁA SIĘ STAL (1969-1976)

Wydarzenia: Rush założyli w 1969 roku perkusista John Rutsey i gitarzysta Alex Lifeson. Geddy Lee początkowo użyczał grupie swojego sprzętu nagłaśniającego, by wreszcie któregoś dnia zastąpić ówczesnego basistę podczas koncertu i zostać... na zawsze. Dopiero po czterech latach prób i koncertowania (m. in. u boku New York Dolls) zespół zdecydował się na wydanie - nakładem własnej firmy Moon - debiutanckiego singla z Not Fade Away Buddy Holly'ego i własną kompozycją You Can't Fight It. Muzycy sami sfinansowali również wydanie swojego pierwszego longplaya Rush. Ten dopiero zainteresował prezenterkę stacji WMMS z Cleveland, Donnę Halper, która załatwiła grupie kontrakt płytowy z wytwórnią Mercury. Już drugi album Fly By Night z 1975 roku zdobył w Kanadzie tytuł złotej płyty, a Rush uznano najbardziej obiecującym młodym zespołem. Rok wcześniej rozstał się z grupą Rutsey, zastąpiony przez Neila Pearta. W marcu 1975 roku trio odbyto pierwsze tournee po Stanach Zjednoczonych (wspólnie z Aerosmith i Kiss). Najlepszym udokumentowaniem popularności zespołu okazały się trzy wyprzedane do ostatniego miejsca koncerty w kilkutysięcznej Massey Hall w rodzinnym Toronto (czerwiec 1976), podczas których zarejestrowano materiał na dwuptytowy album All The World's A Stage.

Geddy Lee powraca do wczesnych nagrań Rush z wyraźnym zażenowaniem. W ogóle rzadko słucham naszych nagrań - twierdzi. Chyba, że jadę samochodem i akurat jakiś utwór leci w radiu. Albo wtedy, gdy przy okazji wywiadu ze mną któryś z prezenterów przypomni sobie o naszych starych płytach. Bardzo ciężko mi słuchać pierwszych trzech płyt. Brzmią tak staroświecko. Ciągle gramy na koncertach kompozycję "In The Mood" z pierwszego albumu. I fajnie się to gra, ale zasadniczo robimy sobie z niej jaja. Przy innej okazji - w wywiadzie udzielonym nowojorskiemu tygodnikowi "Good Times" - podkreślił jednak: Nie ma się czego wstydzić. Słuchając niektórych rzeczy czuję się, hmm, trochę niezręcznie, ale taka jest cena artystycznego dojrzewania. Cokolwiek robiliśmy, stanowiło odzwierciedlenie tego, co było w nas najlepsze. W danym okresie. Wydaje mi się, że z albumu na album widać pewien postęp. I to się liczy... Styl Rush - zwłaszcza w tym pierwszym okresie - istotnie kształtował się metoda prób i błędów. Pierwsza płyta to osobna historia, zamknięty rozdział. Choć zespół wyrastał w środowisku raczej zamkniętym, w znacznym stopniu odgrodzony od zewnętrznych wpływów (w Toronto nigdy nie było większego środowiska rockowego), jego indywidualny styl to wtedy - na początku 1974 roku - była jeszcze melodia przyszłości. Rush brzmiał bowiem jak nieco gorsza kopia brytyjskich klasyków hard rocka - szczególnie Led Zeppelin. Kompozycje były formalnie dość zwarte. Maniera wokalna Geddy'ego Lee niewiele miała wspólnego z jego tak charakterystycznym sposobem śpiewania - ten zacznie się kształtować dopiero na trzecim albumie Caress Of Steel. Jego głos jest tu właściwie nierozpoznawalny dla kogoś, kto zna go z późniejszych nagrań: jakby nieco niższy, o ciemniejszej barwie. Led Zeppelin miał, oczywiście, wielki wpływ na nas - przyznaje Alex Lifeson. Geddy jako wokalista i ja na pewno zawdzięczamy mu bardzo wiele. Ale od czegoś trzeba zacząć. W czasach, kiedy jeszcze nie śniło im się o nagrywaniu płyt, muzycy Rush zaczynali od grania na żywo hardrockowych standardów: właśnie Led Zeppelin, Cream, Iron Butterfly.

Ich podstawowym problemem był wówczas... szczeniacki wiek (w 1969 roku Lee, Lifeson i Rutsey ledwie ukończyli szesnaście lat). W Toronto końca lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych grywało się przede wszystkim w pubach i nocnych klubach. A tam gołowąsów nie wpuszczali. Dopiero zmiana obowiązujących w prowincji Ontario regulacji prawnych, która obniżyła granicę dopuszczalnego wieku do osiemnastu lat, otworzyła przed nimi dostęp do szerszej publiczności. A w rezultacie także do pierwszych nagrań.

Drugi album "Fly By Night" stanowił niewielki krok naprzód - uważa Lee. Dołączył do nas Neil i zaczęliśmy powoli ruszać we właściwym kierunku. Artystycznie. Jakkolwiek brzmienie zespołu pozostało ortodoksyjnie hardrockowe: gitara, bas, perkusja, mało udziwnień, w warstwie melodycznej zaczęło się tak typowe dla późniejszego Rush kombinowanie. Najlepszym tego przykładem są dwie najbardziej znane kompozycje z tej płyty: Anthem (od której tytułu wzięta nazwę prywatna firma Lee, Lifesona i Pearta, wydająca ich płyty w Kanadzie) i suita By-Tor And The Snow Dog o zdecydowanie epickim charakterze. Zaskoczeniem na Fly By Night okazała się subtelna, akustyczna ballada Rivendell. Po pierwsze dlatego, że muzycy Rush okazują wyraźną niechęć wobec utworów o balladowym charakterze (opórcz Rivendell jest jeszcze Tears z albumu 2112, Madrigal z A Farewell To Kings i ledwie kilka dalszych kompozycji zamieszczonych na płytach w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych). Po drugie zaś Rivendell (podobnie jak w Tears zresztą) wydaje się dość pokrewna brzmieniowo nagraniom wczesnego Genesis. Choć ówczesna krytyka wskazywała raczej na pokrewieństwo z Yes - mając chyba na myśli przede wszystkim finezyjny, zdradzający pewne ambicje wirtuozowskie, styl gry na gitarze basowej Geddy'ego Lee, którego porównywano do Chrisa Squire'a - basisty Yes. Ostatnio - w wywiadzie dla "Metal Forces" - wypowiedział się na temat tych porównań Alex Lifeson: Ogólnie rzecz biorąc, jesteśmy zespołem hardrockowym. Chcieliśmy tylko wypracować taki styl, który by wciągał, zmuszał do słuchania naszej muzyki. Nigdy nie mieliśmy zamiaru być drugim Yes, ani ELP, ani czymkolwiek w tym rodzaju.

Krąży opinia, że na każdej płycie Rush znajduje się jakaś wskazówka co do kierunku, w jakim zespół zamierza podążyć w przyszłości. Jeśli tak, to wskazówką na Fly By Night był niewątpliwie utwór By-Tor And The Snów Dog. I wcale nie dlatego, że postać By-Tora powróciła w suicie The Necromancer z kolejnego albumu Caress Of Steel. Po prostu takie długie, wielowątkowe kompozycje miały odtąd stać się u Rush prawdziwą specjalnością zakładu. Przy czym początkowo było to danie dość ciężko strawne. Uważa się, że pięcioczęściowy cykl The Fountain Of Lamneth skutecznie dobił Caress Of Steel, i tak nie najlepszą (taka jest powszechna opinia, z która się akurat nie zgadzam). Staraliśmy się rozszerzać nasze artystyczne horyzonty - wyjaśnia Lifeson. A co najważniejsze, "The Fountain Of Lamneth" była nasza pierwszą próbą zmierzenia się z większą rockową formą. Nie jestem przekonany, czy mógłbym dziś usiąść i wysłuchać całej płyty bez zgrzytania zębami, ale niewątpliwie był to kamień milowy w naszej historii. Tym bardziej, że nieomal doprowadził do rozwiązania zespołu! Album sprzedawał się słabo, co wyraźnie podcięło muzykom skrzydła. A wytwórnia płytowa Mercury zaczęta naciskać, aby następny longplay zawierał bardziej przystępną muzykę Nie wolno było tego lekceważyć, bo warunki kontraktu nie były korzystne dla Lee, Lifesona i Pearta. Faktycznie mieli nóż na gardle. Mimo to postanowili zaryzykować i dalej robić swoje. W takiej mocno napiętej atmosferze powstawał album 2112. Tak naprawdę - ciągnie gitarzysta - było to logiczne rozwinięcie stylistyki "Caress Of Steel". Tyle, ze skomponowaliśmy i zagraliśmy to nieco lepiej. I właśnie ten album okazał się prawdziwym przełomem. Był bardzo popularny - tak, że wreszcie poczuliśmy się pewniej. I nagle wszyscy ci, którzy dotąd rzucali nam kłody pod nogi, chcieli być naszymi przyjaciółmi. Wtedy właśnie podjęliśmy decyzję, którą zgodnie realizujemy do tej pory. Żaden gość z wytwórni płytowej, żaden menażer nie ma prawa znaleźć się w studiu nagraniowym, kiedy my tam jesteśmy. Nikt nie będzie nam dyktować, co mamy grać.

ADWOKAT DIABŁA (1977-1981)

Wydarzenia: Popularność Rush - wraz z albumem 2112 - przekroczyła w 1976 Atlantyk. Rok później wznowiono w Wielkiej Brytanii trzy pierwsze longplaye w formie trzypłytowego albumu Archives, a pierwsza trasa koncertowa - mimo świtu punkrockowej rebelii - okazała się sporym sukcesem. Odtąd Rush zagościł w Europie na dłużej: kolejne płyty A Farewell To Kings i Hemispheres zostały nagrane w słynnym studiu Rockfield w Walii. W 1980 roku utwór Spirit Of Radio stał się największym singlowym przebojem zespołu (13 miejsce na brytyjskich listach). W tym samym roku muzycy jedyny raz w swojej karierze pojawili się gościnnie w nagraniu innego wykonawcy (utwór Battlescar z płyty Universal Juveniles kanadyjskiej formacji Max Webster).

Nasze muzyczne korzenie zawsze były bardziej brytyjskie niż amerykańskie - tłumaczył Alex Lifeson przesłanki decyzji o przenosinach Rush na kontynent europejski. Brytyjska prasa muzyczna jednak - raczej bezkrytycznie zapatrzona w triumfujący punk - przywitała zespół z obnażonymi nożami. Najdalej w swej złośliwości posunął się niejaki Miles - piszący dla tygodnika "New Musical Express", który nazwał Rush zespołem ultraprawicowych faszystów. Zaczęło się od raczej niewinnej pogawędki z facetem, którego nazwiska już dziś nie pamiętam - opowiada gitarzysta. Wypowiadaliśmy się wszyscy. W końcu jednak Neil zaczął się z nim spierać na temat socjalizmu i polityki, przyjmując postawę adwokata diabła. Tamten gość stawiał jakąś tezę. a Neil ją kontrował - tak dla sportu, aby dyskusja była bardziej ożywiona. Wkrótce potem dowiedzieliśmy się, jacy to z nas naziści. I nic innego nie słyszeliśmy przez najbliższe dwa lata. Tak naprawdę jednak poszło przede wszystkim o literacką inspirację cyklu 2112: powieść pod tytułem Anthem amerykańskiej pisarki Ayn Rand, posądzanej o radykalnie prawicowe przekonania. Już to jedno wystarczyło, by Rush zraził sobie lewicująca brytyjską prasę muzyczną.

Neil przeczytał wszystkie książki Ayn Rand - wyjaśnia Lifeson. On zresztą w ogóle dużo czyta. A "Anthem" zrobiła na nim wielkie wrażenie - to fakt, ale prasa przesadnie to rozdmuchała. Poza tym ja też czytałem tę książkę. Tam nie ma nic faszystowskiego. Ona po prostu opowiada o ludziach, jednostkach ludzkich, które chcę same ułożyć sobie życie. Dodajmy w tym miejscu, ze akcja Anthem rozgrywa się na początku dwudziestego drugiego wieku w wyimaginowanym społeczeństwie rządzonym przez fanatyczną sektę. Jest to historia człowieka, który przy pomocy muzyki stara się przeciwstawić obowiązującym schematom myślenia. Peart -który obok stołka perkusisty przejął po Rutseyu także funkcję autora tekstów - często powracał do tematu praw jednostki. I równie często - szczególnie w latach siedemdziesiątych - szukał natchnienia dla swych tekstów w literaturze. Rivendell to cześć świata J. R. R. Tolkiena (siedziba Elronda, jednego z drugoplanowych bohaterów Władcy Pierścieni). Xanadu zainspirował poemat Kubla Khan angielskiego romantyka Samuela Taylora Coleridge'a. Zaś pomysł Hemispheres Peart "pożyczył" od Adama Smitha, który pisał, że jedną z półkul mózgu ludzkiego rządzi Apollo, a drugą Dionizos. Epicki charakter tekstów Pearta, ich fantastyczna konwencja zdobyły mu tyluż zwolenników, co zagorzałych krytyków. W końcu także Lee zaczął zdawać sobie sprawę, ze utwory kolegi mogą się wydać dość, hm, pretensjonalne (okrutne słowo!). Nie leżało mu zwłaszcza zgranie muzyki i tekstów na płycie Hemispheres: Największe walory "Hemispheres" leżały w warstwie muzycznej płyty - nie literackiej. Nadal uważam, że "Prelude" i "La Villa Strangiato" to bardzo dobre kompozycje. Pisaliśmy je i graliśmy na żywo z ogromną przyjemnością. Ale dopasowanie tekstów do części repertuaru okazało się problemem. "The Trees" to prawdopodobnie najlepszy utwór na tej płycie, bo najprostszy.

Po nagraniu Hemispheres muzycy uświadomili sobie również, że długa forma, którą uważali za tak dogodny środek wyrazu, może okazać się śmiertelną pułapką. Każdy skomponowany utwór okazywał się o dziesięć minut za długi. Sądzę, że po prostu wydusiliśmy z tej formuły wszystko, co się da - twierdzi Lifeson stanowczo. Skorzystaliśmy z niej kilkakrotnie i każdy następny raz byłby jedynie powielaniem samych siebie. W tym okresie muzyka rockowa bardzo się zmieniała i zmieniały się nasze inspiracje. Czuliśmy, że na lata osiemdziesiąte trzeba spojrzeć z innej muzycznej perspektywy. Dało się zatem poznać minimalne "zmęczenie materiału" - rok 1979 okazał się pierwszym od 1974 bez nowej płyty Rush. Ale w rezultacie zmęczenie to doprowadziło do dwóch chyba najlepszych albumów w całej dyskografii zespołu: Permanent Waves i Moving Pictures. Tak w każdym razie zdaje się uważać Geddy Lee: "Permanent Waves" wypełniły nasze pierwsze kompozycje z prawdziwego zdarzenia. Poprzednio bowiem byliśmy przede wszystkim muzykami, a kompozytorami w drugiej kolejności. Poza tym "Spirit Of Radio" był singlowym przebojem, który zdecydowanie rozszerzył krąg naszych słuchaczy. Ale dopiero "Moving Pictures" uważam za kwintesencję stylu Rush. Ten album najlepiej wytrzymał próbę czasu. On jest naszą wizytówką. l wszystko mi się w nim podoba, nawet niektóre wybryki producenta. Teksty Neila przeszły tu dość dramatyczną przemianę. Stały się bliższe rzeczywistości, mniej czerpały z konwencji fantasy (jedyny wyjątek stanowił "Red Barchetta"). Ta płyta to również nasz największy sukces komercyjny. Do dziś.

SYGNAŁY (1982-1989)

Wydarzenia: W latach osiemdziesiątych Rush wydał swoich sześć najbardziej popularnych albumów, od Permanent Waves do Hold Your Fire, choć w drugiej połowie dekady szczęśliwa gwiazda zespołu zaczęta powoli blednąć. Płyty grupy stawały się przedsięwzięciami o coraz wyższym budżecie (Hold Your Fire nagrywano w pięciu różnych studiach), ale ukazywały się coraz rzadziej. Sporadycznie Rush korzystał z pomocy muzyków z zewnątrz - skrzypka Bena Minka (kompozycja Losing It z albumu Signals), pianisty Andy'ego Richardsa (płyty Power Windows i Hold Your Fire) i wokalistki Aimee Mann (utwór Time Stands Still z Hold Your Fire). Widowiskowe koncerty zespołu odbywały się na największych arenach Europy i Ameryki (m. in. New Exhibition Centre w Birmingham).

Tak więc w lata osiemdziesiąte zespół Rush wszedł odmieniony Także zewnętrznie. Znikły gdzieś powłóczyste szatki, które zdawały się wyróżnikiem scenicznego image'u tria od czasu 2112. Lee i Lifeson zaczęli się z czasem pojawiać na scenie w sportowych marynarkach. Gitarzysta wyraźnie skrócił włosy (już podczas Grace Under Pressure Tour w 1984 roku zaprezentował fryzurę á la Duran Duran) Nie chcieliśmy być ciągle postrzegani jako zespół wyjęty z opowieści o rycerzach i czarownikach - tłumaczy. Nie byliśmy już zainteresowani mistycznymi tematami, ani paradowaniem na scenie w długich szlafrokach. Chcieliśmy mieć do wszystkiego świeże, nowoczesne podejście. Do tego, jak wyglądamy, co komponujemy, jak gramy.

Na znacząca zmianę repertuaru i brzmienia przyszło jednak fanom czekać aż do 1982 roku. Ale trzeba przyznać, ze ten starannie przygotowany cios okazał się prawie druzgocący. Po wydaniu singla New World Man zespół zasypany został listami z pretensjami, że chyba koniecznie chce przemienić się w The Police. Równie szokujący okazał się cały album Signals. Konstrukcja utworów uległa dalszemu uproszczeniu, a syntezatory zajęty pozycję równorzędną trzem pozostałym instrumentom. Nie był to wprawdzie pierwszy przypadek, kiedy Rush z powodzeniem wykorzystał elektroniczne instrumenty klawiszowe (wystarczy wspomnieć tylko przebój Tom Sawyer z płyty Moving Pictures), ale nigdy dotąd na taką skalę. Lee: Może się to wydać dziwne, ale nikt nas nie naciskał, byśmy poszli za ciosem i rozwijali styl z "Moving Pictures". Zamiast tego całkowicie odmieniliśmy nasze brzmienie, wprowadzając syntezatory. Zdecydowaliśmy - z perspektywy czasu wydaje mi się, że niemądrze - iż chcemy być zespołem czterech instrumentów i dla klawiszy powinno być tyle samo miejsca, co dla gitary. Było to trochę nie fair wobec Alexa. Ale wtedy zgadzał się na takie rozwiązanie, więc sam jest sobie winien! Muzycznie, ta płyta ma kilka mocnych momentów. Nadal uważam "Subdivisions" za jedną z najlepszych naszych kompozycji. Ale koncerty ucierpiały na tym, że musiałem miotać się miedzy mikrofonem, gitarą basową i klawiaturami. Myśleliśmy nawet nad rozszerzeniem składu, ale nikt z nas się do tego nie palił.

Brzmienie Signals - ze zrozumiałych powodów - nie zadowoliło również Alexa Lifesona. Niezadowolenie to znalazło swoje ujście i Terry'emu Brownowi, producentowi wszystkich dotychczasowych płyt tria, przyszło zapłacić jego cenę. Zespół poniewczasie zorientował się, jak wielkim błędem było zwolnienie Browna. Pracę nad następnym albumem, Grace Under Pressure, Geddy Lee określił jako nieprzyjemne doświadczenie. Pierwszy raz nagrywaliśmy bez Terry'ego - wspomina - co przekonało nas jak wielu kłopotów uniknęliśmy dzięki niemu w przeszłości. Przestanie tej płyty jest dość mroczne i chyba oddaje stan naszego ducha, kiedy nagrywaliśmy ten materiał. W wywiadzie dla "Metal Forces" Alex Lifeson również powrócił do bolesnych wspomnień związanych z realizacją Grace Under Pressure: Peter Henderson był dobrym inżynierem dźwięku, ale jako producent nie sprawdził się. Nie bardzo rozumiał, czego od niego chcemy. Nagrywanie tej płyty zajęło nam sześć miesięcy i czuliśmy się potem jak przepuszczeni przez wyżymaczkę. Ale na tej płycie gitara wróciła na swoje miejsce, grałem tam sporo solówek, więc jakiś postęp tam jednak był... W jakimś stopniu był to zatem powrót do stylistyki Rush sprzed Signals, która to płyta mogła wydać się wtedy - w roku 1984 - jednorazowym wyskokiem. Ale jak się okazało, nie da się cofnąć czasu.

Dwa kolejne albumy Power Windows i Hold Your Fire były bowiem próbą znalezienia złotego środka pomiędzy klasycznym Rush a elektronicznym wcieleniem zespołu. Z przewagą wszakże tego ostatniego, co dość skutecznie wykluczyło muzykę Lee, Lifesona i Pearta z heavymetalowych szeregów i zaowocowało wrzuceniem jej do worka z rockiem progresywnym. Kolejny raz ucierpiała na tym gitara, choć z zupełnie innych powodów. Nagrywaliśmy partie klawiszy wcześniej niż gitary, co postawiło Alexa pod wyjątkowo silną presją - wspomina Lee. Postawiony pod presją Lifeson precyzuje: Brzmienie syntezatorów na "Power Windows" wypełniło całą przestrzeń, tak że zabrakło miejsca dla mojej gitary. Musiałem wiele partii skomponować na nowo. Podobnie było z "Hold Your Fire". Ze względu na napięte terminy znów klawisze były nagrywane przed gitarą. I znów trudno było wygospodarować trochę miejsca. Doświadczenia z "Hold Your Fire" nauczyły nas, by nie zalepiać wszystkiego syntezatorami. Gitarzysta przyznaje, że osobiście woli, by jego instrument był bardziej wyeksponowany, chociaż... Lubię te dwie płyty - twierdzi. Było to bardzo ekscytujące doświadczenie. A zarazem doskonała lekcja poglądowa na temat wykorzystania nowoczesnych technik w muzyce stricte rockowej. Power Windows i Hold Your Fire to na pewno bardzo ważne płyty dla progresywnego rocka lat osiemdziesiątych.

Mimo jednak, że Hold Your Fire zawierał muzykę przystępniejszą niż poprzednie płyty Rush i kilka - zdawałoby się - bardzo chwytliwych melodii (Time Stands Still, Second Nature, High Waters), sukces albumu na listach przebojów był minimalnie mniejszy. Na pogodnym dotąd dla zespołu niebie pojawiła się niewielka na razie chmurka.

PUSTA KARTKA (1989-1994)

Wydarzenia: Wraz z publikacją Show Of Hands Rush wypełnił swe zobowiązania kontraktowe wobec wytwórni Mercury i podpisał nowej umowę z Atlantikiem. Przed tournée promującym pierwszy album w nowych "barwach klubowych" - Presto - muzycy jeszcze raz rozważali możliwość zatrudnienia na koncerty dodatkowego pianisty Trasa ta mogła okazać się ich ostatnią...

Trasa koncertowa promująca album Presto mogła okazać się ostatnią trasą Rush. Powód był bardzo prozaiczny: znużenie. Zaczynaliśmy jako zespół, który uwielbiał trasy koncertowe - wyjaśniał Lee - potrzebował tego i spędził w ten sposób tyle czasu, że cały entuzjazm się wypalił. Doszliśmy do punktu, że gdy tylko ktoś wspomniał o koncertach, odpowiadało mu nasze ciężkie westchnienie. Przed nagraniem "Presto" pojawiły się zresztą obawy, że w ogóle nie podołamy temu zadaniu... Płyta się jednak w końcu ukazała, a jej nie najwyższe notowania (w Anglii tylko 27 pozycja) w jakimś stopniu tłumaczył sukces wydanego kilka miesięcy wcześniej Show Of Hands. I to także, że Rush dokonał kolejnego stylistycznego przewartościowania. "Presto" był, jak sadzę, powrotem do źródeł - mówi Lee. Przynajmniej jeśli brać pod uwagę sposób komponowania. Pracowaliśmy nad nieco prostszymi utworami.

Przed "Presto" - wspomina w innym wywiadzie - daliśmy się ponieść urokom techniki komputerowej. Pewnego dnia siedzieliśmy jednak z Alexem w sali prób, patrząc na wszystkie te cuda. l westchnąwszy, doszliśmy do wniosku, że czas zacząć komponować przy użyciu wyłącznie naszych gitar. To był naprawdę ważny moment, przełom. "Presto" powstał w sposób bardziej naturalny. Postanowiliśmy położyć nacisk na partie gitarowe i wokalne. Partie instrumentów klawiszowych były ewentualnie dokomponowywane później, jeśli zaszła taka potrzeba. W ten sam sposób pracowaliśmy i nad następnym albumem. Tak więc to, co było początkowo reakcją na pewną rutynę, samo stało się rutyną. Z perspektywy czasu wydaje się, że Rush przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jakby nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Współpraca z producentem Rupertem Hine'em doprowadziła do zdecydowanego złagodzenia brzmienia zespołu - niezbyt jeszcze irytującego na Presto, ale już trudnego do przyjęcia na Roll The Bones. Geddy Lee i Alex Lifeson jednak wyżej sobie cenią to późniejsze dzieło. "Roll The Bones" to album znacznie bardziej urozmaicony niż "Presto"... twierdzi Lee. Utwory są ciekawsze, a poza tym poszerzyliśmy nasz styl o nowe rozwiązania (na przykład o rap w utworze tytułowym). Dodaje jednak: Album rzeczywiście trochę kuleje brzmieniowo. Jest zbyt delikatny, chwilami zbyt wygładzony. Akurat tam, gdzie powinniśmy zagrać odważniej, bardziej agresywnie. Niemniej i tak uważam, że to jedna z naszych najlepszych płyt.

Ale poczekaj na następną! - powiedział Alex Lifeson reporterowi "Metal Forces". Wypada pogratulować mu przeczucia, Counterparts bowiem - w zgodnej opinii prawie wszystkich recenzentów - stanowi zapowiedź następnych tłustych lat w karierze zespołu. Rush powrócił do pracy z Peterem Collinsem, producentem znanym z Power Windows i Hold Your Fire. Ale bynajmniej nie do stylistyki tych dwóch płyt. Counterparts to najbardziej ortodoksyjny rock, jaki zaprezentował nam ten zespół od czasu 2112. W kilku utworach (Stick It Out, Cut To The Chase) zbliżony do tego, co obecnie proponuje środowisko ze Seattle. Znowu pierwszoplanową postacią stał się w Rush gitarzysta Alex Lifeson. Ale to nie on - tylko Geddy Lee (którego wielu obwiniało o skierowanie brzmienia grupy na elektroniczne drogi i bezdroża w latach osiemdziesiątych) powiedział ostatnio: Podoba mi się to, co robią zespoły rockowe lat dziewięćdziesiątych - takie jak Soundgarden, który jest moim zdaniem fantastyczny. Hard rock ma dziś w sobie więcej życia niż przez wiele ostatnich lat.

Warto było doczekać takich czasów?!

NIEDYSKRECJE

W ostatnich latach wywiady z muzykami Rush (to znaczy z Lifesonem i Lee, bo Peart po niemiłych doświadczeniach z "NME" wyraźnie liczy się ze słowami) często trafiają na łamy specjalistycznej prasy. Redaktorzy tygodnika "Kerrang!" doszli do słusznego skądinąd wniosku, że chyba zadano im już wszystkie możliwe pytania. Ogłosili więc specjalny konkurs dla czytelników: trzeba było wymyślić interesujące pytanie, a potem - w nagrodę - osobiście je zadać. Pośród nadesłanych zgłoszeń nie zabrakło dociekań dotyczących życia prywatnego całej trójki. Najwięcej miał na ten temat do powiedzenia Alex Lifeson: Pasją Neila jest jeżdżenie na rowerze. Albo czytanie. Albo czytanie podczas jazdy na rowerze! Geddy myśli o baseballu 25 godzin na dobę. Kiedyś po koncercie w Tampa zaprosiliśmy za kulisy 50 graczy - Geddy był w siódmym niebie. Sam gitarzysta jest - jak się okazuje zapalonym majsterkowiczem. Jakiś czas temu założyłem sobie piwniczkę z winem - mówi. Zbudowałem wtedy specjalną pompę, odsysająca powietrze z butelek, żeby wino mogło trzymać się dłużej. Myślałem nawet, by to opatentować, ale wkrótce potem zobaczyłem podobne urządzenie w sklepach. Szło jak woda! W szkole zawsze pasjonowały mnie nauki ścisłe, choć moją główną pasją było: nie chodzić do szkoły.

Dla gitarzysty zespołu, który przez ostatnie dwadzieścia lat przydawał muzyce rockowej nieco intelektualnej aury, takie stwierdzenie może okazać się ryzykowne

WOJCIECH MACHAŁA


 
 

Od autora strony: Ten błąd pojawia się po raz kolejny - Neil Peart nie nazywa się Nikola Petrovic, lecz Neil Peart.


Czytaj dalej: Od Rush do Counterparts - prawie wszystko o płytach Rush


[Z archiwum R]    [Strona główna]