Vapor Trails

Wywiad z Geddym Lee i recenzja albumu

"Tylko Rock", nr 6-7/2002 (str. 77)


 

KTO KOGO ŚNI

Pytamy Geddy'ego Lee

Po wydaniu płyty Counterparts pisano, że Rush uczynił ukłon w stronę alternatywnego rocka, zaś Test for Echo według recenzentów miała być powrotem do typowego grania progresywnego. Co byś napisał na temat waszego nowego albumu, Vapor Trails?

Napisałbym: "O rany, to znowu oni..." (śmiech). Nie wiem, trudno mi opisać tę płytę. Dopiero co ją skończyłem, więc nie sądzę, bym mógł się wykazać obiektywnym podejściem. Na pewno myślę sobie, że jest to album hardrockowy. Na pewno też jest to album tworzony z pasją. Słychać zapał, którego chyba nie było na kilku naszych poprzednich płytach. Długa przerwa w nagrywaniu spowodowała, że wytworzył się w nas ogromny głód grania. Przez ten czas zrozumieliśmy, jak łatwo ważne sprawy mogą nagle zniknąć z twojego życia. Zaczynasz bardziej doceniać szanse, które są ci dane i chcesz je wykorzystać w jak najpełniejszy sposób - tak było w przypadku Vapor Trails. Nasze ponowne spotkanie było bardzo emocjonalne i postanowiliśmy, że to musi być słychać na nowej płycie. Musi być pasja, muszą, być silne emocje. Cały materiał jest bardzo świeży - to nie jest mieszanina pomysłów z ostatnich kilku lat. Chcieliśmy, żeby wydarzyło się coś znaczącego. Potrzebowaliśmy sporo czasu, żeby dojść do siebie, odzyskać formę. Jako zespół nie byliśmy od razu gotowi, by stanąć na wysokość zadania.

Niektóre fragmenty takich utworów, jak Peacable Kingdom czy Secret Touch sprawiają wrażenie inspirowanych graniem industrialnym czy nawet techno. A w Nocturne partia gitary brzmi tak potężnie jak cały zespół - ta jedna gitara mogłaby ścigać się z Prodigy jadącym w komplecie na najwyższych obrotach. Słuchaliście tego typu muzyki ostatnimi czasy?

Alex (Lifeson, gitarzysta - przyp. is) słucha sporo muzyki industrialnej, mnie się też to czasem zdarza. Przez ostatnich pięć lat przewinęło się przez nasze odtwarzacze cale mnóstwo bardzo różnorodnych płyt, można by nas posądzać o bardzo rożne inspiracje. Ale sadzę, że Vapor Trails to po prostu zapis różnych chwil, w których czuliśmy tak a nie inaczej. Ta energia płynęła z nas samych. Przez ponad dwadzieścia pięć lat grania próbowaliśmy sił w tak odmiennych stylach, że teraz nawet sobie nie uświadamiamy, gdy robimy coś dziwnego. Dziwnego dla słuchacza, bo dla nas to norma.

Neila Pearta w ostatnich latach dotknęły ogromne tragedie - zmarły jego żona i córka. Zapewne był to główny powód zawieszenia działalności Rush. Czy Neil zaczął już wydobywać się z kryzysu?

Wydaje mi się, że tak, że jest już za rogiem, że się powoli przełamuje. Z dnia na dzień ma pozytywniejsze nastawienie do życia, odzyskuje siły. Próbowaliśmy być jak najbliżej niego przez te wszystkie trudne lata. Jako przyjaciele, a nie kumple z zespołu. To nas jeszcze bardziej zbliżyło.

Na pewno jest kilka zespołów na świecie, które na waszym miejscu znalazłyby następcę Neila i nie pozwoliły sobie na tak długą przerwę w karierze. Wy postąpiliście inaczej. Czy przyjaźń jest jedyną odpowiedzią na pytanie "dlaczego"?

Myślę, że słowo przyjaźń nie do końca oddaje siłę naszych relacji. To jest coś więcej, nawet nie potrafię tego nazwać. Jesteśmy jak bracia - ale to też brzmi banalnie... Po prostu nie zmienia się członka rodziny, kiedy spotyka go nieszczęście. Przez myśl mi nie przeszło nazwisko żadnego innego perkusisty. Rush to nasza trójka. Jeżeli któregoś zabraknie, skończy się Rush.

Co sprawia, że tak jak trójka uważana jest za magiczną cyfrę, tak i trio za magiczny skład?

W kontekście zespołu to cyfra w sam raz - już jest grupa, a jeszcze jest intymnie. Możesz zrobić zebranie na tylnym siedzeniu samochodu. Nie ma mowy o powstawaniu koteryjek, bo dwóch na jednego to nie fair. W zespołach sześcio-, czy nawet czteroosobowych powstają różne frakcje, podgrupy, układziki, które rozsadzają kapelę od środka. W trójkę łatwiej się komunikować, łatwiej znaleźć wspólny język i w końcu łatwiej się upewnić, że jeden drugiego naprawdę dobrze zrozumiał.

Tytuł Vapor Trails (ulotne szlaki, eteryczne ścieżki - przyp. is) brzmi dość psychodelicznie. Czy wszystkie teksty są mu jakoś podporządkowane?

To raczej oddzielne historie, ale kilka z nich łączą traumatyczne doświadczenia Neila. Słowa "dusza", "duch" pojawiają się w nich dość często - utrata ducha, powrót ducha. Próba zachowania w pamięci wszystkiego co dobre... Dlatego sądzę, że Vapor Trails to tytuł bardzo na miejscu. On jest raczej uduchowiony niż psychodeliczny. Sugeruje, że teksty tworzą jakąś całość, choć koncepcja nie jest zbyt nachalna. Ważne są dla mnie teksty Vapor Trail, Ghost Rider, Peacable Kingdom. Mocne, z konkretnym przesłaniem.

O czym jest na przykład ten ostatni?

Peaceable Kingdom powstał niedługo po wydarzeniach z 11 września. To piosenka o dwóch samotnościach, o dwóch systemach wiary, a jednocześnie modlitwa, by te systemy były w stanie ze sobą współistnieć. Tamtymi tragediami wszyscy byliśmy do głębi wstrząśnięci. Przyznaję, że szczególnie z tego względu, że zdarzyły się tu, w naszej cywilizacji, a nie na przykład na Bliskim Wschodzie. Moim zdaniem to był punkt zwrotny w rozwoju świata.

W Nocturne jest taki wers: Czy to ja miałem sen, czy to sen miał mnie. Są takie sny które cię prześladują?

Myślę, że sny to fascynujący temat - od zawsze wszyscy staramy się je zrozumieć. Często jest przecież tak, że kiedy sprawy układają się źle, nagle znajdujesz rozwiązanie problemu w środku nocy. Budzisz się ze świadomością, że teraz już wiesz, co masz robić. To zakrawa na jakieś szaleństwo, ale tak się przecież czasem dzieje. O tym jest ta piosenka. I zastanawiasz się, czy te sny przychodzą dlatego, że ty tego chcesz, czy też istnieje jakaś zewnętrzna siła, która ci je przesyła. Jesteś manipulującym czy manipulowanym?

ROZMAWIAŁ: IGOR STEFANOWICZ


Vapor Trails

Atlantic/Warner Music Poland

ocena: 9 (w skali od 1 do 10)

Krótko - powrót po latach w wielkim stylu.

Jeżeli takie albumy można nagrywać tylko po dłuższej przerwie, to ja bym prosił, żeby każda co lepsza kapela urządzała sobie pięcioletni post co płytę. Wiadomo było od zawsze, że Rush to trio wirtuozów, ale samym warsztatem nie zrobi się bardzo dobrego dziełka. Potrzeba świeżości, energii, pasji - i Rush to wszystko ma po mniej więcej trzydziestu latach grania. Ma tego nawet więcej, niż miał sześć czy dziesięć lat temu. Początek płyty, a zarazem utworu One Little Victory, to czad niemal deathmetalowy - żeby od razu wszystkich obudzić i skupić ich uwagę. A i później trafiają się momenty wykraczające ponad i tak ciężką średnią - numetalowe akcenty w Secret Touch (świetny numer!), industrialna jazda w Nocturne. Płyta jest zdecydowanie hardrockowa, więc tu i ówdzie słychać inspiracje klasykami (zeppelinowski refren Stars Look Down, sabbathowskie riffy we wspomnianym One Little Victory). Pewnie można by sypnąć jeszcze paroma innymi skojarzeniami, ale nie ulega wątpliwości, że to dzieło Rush.

Głos Geddy'ego Lee - wiadomo. Wirtuozeria, ciekawe pomysły harmoniczne i rytmiczne (Freeze), melodie, które noszą znak firmowy Rush. Progresywizmy? Jasne, ale Rush miesza progresywnie w sposób zupełnie naturalny, po prostu gra muzykę, a nie zastanawia się, jak by ją bardziej skomplikować. Ich rock progresywny jest rzeczywiście progresywny, bo nowoczesny, próbujący znaleźć coś więcej niż granice skostniałego stylu. A przy tym melodyjny, z dużą ilością przyjaznych tematów. Gdy Rush chce trochę złagodzić brzmienie, często sięga po klimaty orientalne, po jakieś echa irlandzkiego folku...

Dużo się dzieje na Vapor Trails. Dużo i dobrze. Milo, że wciąż powstają takie płyty.

IGOR STEFANOWICZ

 


[Z archiwum R]    [Strona główna]