GEDDY LEE - MY FAVORITE HEADACHE

Wywiad z Geddym Lee, recenzja albumu i "Kraj Rad"

"Tylko Rock", nr 01/2001 (str. 61)


 

Z PIŁĄ ŁAŃCUCHOWĄ

Pytamy Geddy'ego Lee

- Pierwsze dźwięki na My Favorite Headache to partia basu. Słysząc je pomyślałem sobie, że twój pierwszy solowy album będzie popisem basowego wirtuozerstwa, że zasypiesz nas nutami. Ale bytem w błędzie...

- Teraz już nie interesuje mnie takie gęste granie dla grania, stawianie na szybkość, błyskotliwe patenty. Zacząłem traktować bas jako instrument typowo melodyczny, bardziej koncentruję się na tworzeniu struktury piosenki. Kilka razy pozwoliłem sobie na mały popis i pewnie będę sobie pozwalał także w przyszłości - ale pod warunkiem, że jakiś utwór będzie tego naprawdę wymagał. To po prostu kwestia osiągnięcia muzycznej dojrzałości, z pewnych rzeczy się wyrasta. Poza tym styl muzyki z tej płyty automatycznie spycha popisy na daleki plan.

- W Rush musiałeś myśleć bardziej demokratycznie, liczyć się ze zdaniem innych członków zespołu. Teraz zapewne miałeś więcej swobody.

- Wyrwałem się z pewnego kontekstu. Nie chcę przez to powiedzieć, że w Rush miałem związane ręce - po prostu przy nagraniu solowego materiału bardziej mogłem się skoncentrować na pisaniu utworów, niż na pracy z zespołem. Bardzo sobie cenię to doświadczenie. Oczywiście tym razem też pracowałem z ludźmi - musiałem im zapewnić pewną swobodę wyrażenia siebie. Ale akurat w tym procesie tworzenia odpowiedzialność spoczywała przede wszystkim na moich barkach. Cały materiał napisałem wspólnie z Benem (Minkiem, gitara, skrzypce, programowanie - przyp.is). Pod względem muzycznym sporo nas łączy. Może nie tyle styl, ile podejście do grania, feeling, sposób traktowania instrumentu. Trudno dokładnie wyjaśnić, czym jest feeling - może sposób, w jaki nuty wydobywają się spod twoich palców. Coś, co się nigdy nie zmienia, w odróżnieniu od stylu. Kiedy zaczęliśmy z Benem jamować, okazało się, że feeling mamy bardzo podobny, ale różnimy się stylistycznie, bo mamy inne muzyczne korzenie. Ta wspólnota feelingu była bardzo pomocna - dzięki niej praca była dla nas bardziej intrygująca. Bena znam od z górą dwudziestu lat - kiedy spotkałem go po raz pierwszy, grat w rockowym zespole FM. Słyszałem o Benie dużo wcześniej, jeszcze gdy jako nastolatek pogrywalem z różnymi zespołami w Toronto. W tamtych czasach Ben udzielał się w kapeli, która między Innymi otwierała koncerty Led Zeppelin. Mówię o tym wszystkim dlatego, że Ben jest znany bardziej ze swoich okołofolkowych poczynań. A on ma bardzo różnorodne doświadczenia muzyczne - spora część z nich jest związana z rock'n'rollem i z ciężkim rockiem. Współpraca ze mną była dla niego powrotem do tych klimatów, do grania, z którym już od jakiegoś czasu nie miał do czynienia, inne wrażenia miał pewnie Matt (Cameron, perkusista znany z Pearl Jam i Soundgarden - przyp.is). Niby inna generacja, styl też inny - ale już nie tak bardzo. Matt dorastał, słuchając różnych rockowych zespołów, między innymi Rush. Rzecz jasna Matt gra inaczej niż Neil (Peart, perkusista Rush - przyp.is), ale równie dobrze rozumie muzykę rockową. Bardzo łatwo było mi się z nim dogadać. Nie wiem, może to jego obecność sprawiła, że na "My Favorite Headache" jest odrobina grunge'u. Ale przede wszystkim klasyczny rock.

- Jesteś autorem wszystkich tekstów na My Favourite Headache. Kilka wersów brzmi szczególnie interesująco. Zastanawiam się na przykład, kto śpi z piłą łańcuchową?

- Pewien dżentelmen, którego dobrze znam, pracuję z nim od czasu do czasu - jest inżynierem w studiu w Vancouver, nazywa się Sheldon Zaharko. Dość dziwny, mocno zakręcony koleś. Pewna rozmowa z nim zainspirowała mnie do napisania tekstu "Home On The Strange". Facet jest właściwie pozbawiony wszelkich ambicji, co nie przeszkadza mu bardzo poważnie podchodzić do wszystkiego, co robi. Zamiast napędzać się ambicjami, przesadza w dość prostych czynnościach i sytuacjach. Naprawdę sypia z piłą łańcuchową - zamiast pistoletu. Inną historyjkę opisuję w "Window To The World", gdzie podmiot liryczny domaga się okna na świat. Bohater hołduje wizji stechnicyzowanego świata, chce się komunikować z ludźmi tylko za pośrednictwem najnowocześniejszych wynalazków, zrozumieć więcej, wznieść się jak najwyżej. Kiedy domaga się okna, może mieć na myśli Internet. Na "My Favorite Headache" pozwoliłem sobie także na bardziej osobiste refleksje. Cytuję: "Nic nie jest doskonałe, a już na pewno nie ja". Każdy artysta, który dąży do doskonałości, jest skazany na porażkę - to porywanie się z motyką na słońce, stawianie sobie celu niemożliwego do osiągnięcia. Próbuję odkrywać muzykę z różnych stron i nie zawsze moje poczynania są udane - utwór "Working At Perfekt" jest rodzajem spowiedzi z tych grzeszków. Błędy to bardzo ludzka rzecz, każdy ma do nich prawo.

- Twój głos jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów brzmienia Rush. Myślisz, że tylko on łączy płyty Rush z twoim solowym albumem?

- Na pewno nie tylko on. Ten sam jest także mój styl gry na basie, sposób budowania utworów - trudno nagle zapomnieć o czymś, co się robiło przez ostatnich dwadzieścia pięć lat. Na pewno na "My Favourite Headache" słychać trochę Rush. Zresztą Rush znowu się zbiera, przed nami mnóstwo roboty. I właśnie dlatego wątpię, czy znajdę czas, by materiał z "My Favorite Headache" grać na żywo. Ale w przyszłości od czasu do czasu chyba będę sobie fundował odskocznię od Rush - jestem przekonany, że służy mi praca z nowymi ludźmi. Nie chcę rezygnować z takich doświadczeń.

ROZMAWIAŁ: IGOR STEFANOWICZ


Geddy Lee
My Favorite Headache

Atlantic/Warner Music Poland

**** (w skali od 1 do 5)

Pierwsza solowa płyta wokalisty i basisty Rush.

Po wysłuchaniu choćby już pierwszych trzech z jedenastu kompozycji wypełniających ten album, dokładnie widać, jak ważną rolę spełnia ten pan w swoim macierzystym zespole. Głównie z powodu charakterystycznej barwy głosu, jaką obdarzyła go natura. Ale to nie tylko sprawa głosu. Również muzyka, którą Geddy do spółki z niejakim Benem Minkiem skomponował i wykonał (reszty zespołu dopełnia jeszcze grający na perkusji Matt Cameron) musi dość mocno kojarzyć się z tym właśnie zespołem. A więc mocny bas i dość ostre brzmienie gitary, częste zmiany rytmu i jakaś tkwiąca w tej muzyce szczególna melodyjność. I właściwie to każdy kolejny utwór można by podporządkować takiemu właśnie schematowi. No może z wyjątkiem Working At Perfekt i The Angel's Share, w których przede wszystkim sporo smyczkowego akompaniamentu. Co by nie mówić, nie jest to niestety płyta na miarę najlepszych dokonań Rush. Daleko jej do rozmachu i przebojowości - żeby daleko nie sięgać wstecz - Counterparts. A nawet do Test For Echo - ostatniego jak dotąd studyjnego albumu zespołu.

GRZESIEK KSZCZOTEK


KRAJ RAD

koniecznie

Słuchanie ogromnego dorobku Geddy'ego Lee z grupą Rush najlepiej zacząć od wydanej przed siedmiu laty płyty Counterparts, która nadal brzmi bardzo nowocześnie i świeżo. To tu jest piosenka Nobody's Hero - w owym czasie naprawdę duży przebój radiowy. A przy tym to Rush w wielkiej formie - typowe dla nich szaleńcze unisona gitary i basu, nagłe zmiany brzmień i "połamane" rytmy. Idealnie łączą się z osobliwym śpiewem Lee. Poza tym koniecznie trzeba posłuchać albumu Moving Pictures (1981). Mamy tu naprawdę świetnie dobrany zestaw utworów. Tom Sawyer z przebojowym tematem syntezatora i nieco melancholijny Limelight. Do tego choćby zakręcony rytmicznie instrumentalny YYZ. A to raptem jedna trzecia płyty. Tajemnica powodzenia Movlng Pictures tkwi w bogactwie melodii i jak zwykle w koszmarnie skomplikowanych partiach gitary, basu i perkusji. Takie połączenie dwóch światów, które Lee, Peart i Lifeson doprowadzili niemal do doskonałości. I jeszcze płyta koncertowa Different Stages/Live. Trzypłytowe wydawnictwo (dwa kompakty z nagraniami z trasy koncertowej w 1997 roku i jeden bonusowy z londyńskim koncertem z 1978), które potwierdza niezwykłą muzykalność tej trójki, umiejętnie mieszającej stare i nowe kompozycje, często nadającej im nieoczekiwane oblicze.

można

Bez wątpienia warto sięgnąć po któryś z albumów tworzących swoisty, baśniowo-kosmiczny tryptyk: 2112 (1976), A Farewell To Kings (1977) i Hemispheres (1978). Na pierwszym z nich zachwyca przede wszystkim tytułowa suita, swoista łamigłówka rushowych dźwięków i pomysłów. Na drugim muzyka Rush złapała jak gdyby eksperymentatorskiego bakcyla (szczególnie w rozbudowanych, nierzadko bardzo skomplikowanych aranżacjach Cygnus X-1 i A Farewell To Kings). W końcu na trzecim znów mamy - między innymi - długą, zapierającą dech osiemnastominutową suitę (Cygnus X-1 Book II Hemispheres) z całym kalejdoskopem sprawdzonych na poprzednich płytach Rush muzycznych idei, smaczków i czegoś tam jeszcze. Jest jeszcze płyta koncertowa podsumowująca pierwszy, bez wątpienia najciekawszy okres działalności kanadyjskiego tria (Exit... Stage Left) z porywającymi wykonaniami Tomka Sawyera, Closer To The Heart i La Villa Stragiato na czele.

unikać

Chyba można sobie darować koncertowy All The World is A Stage (1976), na którym poza przyzwoitym odegraniem kompozycji znanych z czterech pierwszych płyt studyjnych nic wielkiego się nie dzieje. Poza tym studyjne Hold Your Fire (1987) i Roll The Bones (1991), na których niewiele ciekawego. Proste jak drut piosenki (porównując je z wcześniejszymi dokonaniami), nie grzeszące chwytliwą melodią i jakąś szczególnie oryginalną aranżacją po prostu nudzą. I niech pozostaną dla tych, co lubią się nudzić.

(gk)

 

Od autora strony: a ja radzę, aby nie przejmować się marudzeniem redaktora Kszczotka i nie unikać żadnych albumów Rush.


[Z archiwum R]    [Strona główna]