RUSH - RUCHOME OBRAZY

Wywiad z Geddym Lee

"Tylko Rock", nr 11/96 (str. 18-20)

Wywiad przeprowadził Wiesław Weiss


 

Zespół Rush powstał w 1968 roku w Willowdale na przedmieściu Toronto. Blisko trzydzieści lat temu. A może należałoby raczej powiedzieć: ponad dwadzieścia lat temu. Właśnie takiego określenia używa w każdym razie Geddy Lee - wokalista, basista lider grupy. Jakby chciał ją trochę odmłodzić. Jakby nie bardzo mógł się pogodzić z myślą, że jest już rockowym dinozaurem. A przecież nie ma się czego wstydzić. Prawie trzydziestoletnia historia Rush to dla wielu wiernych fanów jeden z najbardziej fascynujących rozdziałów w historii rocka. A co najmniej kilka płyt z obfitego dorobku tria to już rockowa klasyka. Chociażby "2112". Albo "Moving Pictures". Albo... Czy do tej listy można również dopisać wydany właśnie album "Test For Echo"? Być może. Aby jednak odpowiedzieć na to pytanie, trzeba chyba jeszcze trochę poczekać.

 

OSIEMNAŚCIE MIESIĘCY

- Od ukazania się waszej poprzedniej płyty, "Counterparts", minęły trzy lata. Dlaczego tak długo musieliśmy czekać na "Test For Echo"?

- Ostatnia trasa Rush zakończyła się w maju 1994 roku. Tydzień później urodziła mi się córeczka. I zdecydowałem się zrobić sobie przerwę, aby być z nią. Wycofałem się z życia muzycznego na osiemnaście miesięcy. Dopiero po upływie tego czasu przystąpiliśmy do pracy nad "Test For Echo".

- Dziennikarz pisma "Billboard" napisał o tej sesji: "Zabrało im trochę czasu, zanim się dograli, ale po początkowym okresie wzajemnych podchodów, odnaleźli swoją muzę". Jak ty to pamiętasz?

- Z początku, gdy po tak długiej przerwie zebraliśmy się razem, rzeczywiście było trochę dziwnie. Ja ciągle jeszcze żyłem sprawami domowymi, rodzinnymi. Natomiast Alex ukończył właśnie pracę nad płytą "Victor", był więc rozegrany, aż palił się do roboty A ponieważ miał za sobą sesję, podczas której decydował o wszystkim, chwilami można było odnieść wrażenie, że czuje się naszym szefem (śmiech). Neil z kolei, jak to z nim zwykle bywa na samym początku sesji, robił wrażenie nieco zagubionego. Trochę więc czasu minęło, nim każdy z nas odnalazł swoje miejsce. Z początku przypominaliśmy trzy ujadające psy zamknięte w jednym pokoju (śmiech). Trzeba było kilku dni, nim odszukaliśmy tę samą stronę w książce, którą próbowaliśmy razem czytać, jeśli mogę użyć takiej przenośni. Wiesz, podczas tych pierwszych czterech, pięciu dni właściwie nie tworzyliśmy muzyki. Gadaliśmy, wygłupialiśmy się, no i próbowaliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, czym jest Rush po tych z górą dwudziestu latach, dlaczego ciągle jesteśmy razem. Na szczęście udało nam się znowu zgrać ze sobą i wytworzyć atmosferę sprzyjającą tworzeniu muzyki. Od tego momentu wszystko poszło już jak z płatka. Przystąpiliśmy do pracy z niesamowitą energią.

- Nowa muzyka Rush brzmi bardzo świeżo. Jak myślisz, co na to wpłynęło?

- Nie mam pojęcia. Może jest to wynik tych naszych dyskusji w pierwszych dniach sesji. A może sprawił to fakt że rozstaliśmy się na jakiś czas. I to, że przyszłość Rush stanęła wówczas pod znakiem zapytania. Wiesz, bardzo możliwe, że nic lepszego niż ta dwuletnia przerwa w działalności nie mogło się nam przydarzyć. Ja w każdym razie gotów jestem podpisać się pod takim stwierdzeniem. Nad żadną naszą płytą nie pracowałem aż z takim entuzjazmem jak nad tą. Byłem strasznie napalony, by się do tego zabrać. Nie wiem, może to była tylko chęć odmiany Ale bardzo już chciałem wrócić do grania. I gdy znaleźliśmy się w studiu, poczułem się bardzo szczęśliwy. Być może więc odpowiedzią na twoje pytanie jest to, że pracując nad tą płytą byliśmy po prostu szczęśliwi (śmiech).

- Wspomniałeś wcześniej o solowym albumie Alexa Lifesona, "Victor". Jak myślisz, czy ta muzyka, nie przypominająca dokonań Rush, wpłynęła w jakikolwiek sposób na "Test For Echo"?

- Nie sądzę, by miała wpływ bezpośredni. Moim zdaniem ważne było to, że Alex nagrał własną płytę, że miał możliwość zagrać w tym przedstawieniu główną rolę. Sądzę, że było to dla niego ogromnie ważne doświadczenie, które bez wątpienia dodało mu jako twórcy pewności siebie. Istotne było to, że do pracy nad "Test For Echo" przystępował jako muzyk pełen wiary we własne umiejętności, a dzięki temu bardzo zrelaksowany. Bez wątpienia fakt ten korzystnie wpłynął na nasz album.

- Czy podoba ci się jego płyta?

- Hmmm... Lubię na niej kilka rzeczy.

 

TEST FOR ECHO

- Alex powiedział w jednym z wywiadów: Już w okresie "Roll The Bones" zaczęliśmy wracać do brzmienia opartego na dźwiękach tylko trzech instrumentów, gitary, basu i perkusji. I od tamtej pory konsekwentnie zmierzamy w tym kierunku. Na "Test For Echo" nie ma żadnych klawiszy. Jakie były powody tego zwrotu?

- Po pierwsze zapragnęliśmy tworzyć muzykę nieco bardziej surową. A po drugie zależało nam na odzyskaniu radości z grania naszych utworów na żywo. Ponieważ jest nas tylko trzech, wykonywanie kompozycji wymagających wykorzystania instrumentów klawiszowych było dość trudne. Było to wyzwanie, a więc fajna sprawa. Z drugiej jednak strony było to dość frustrujące, ponieważ w takiej sytuacji nigdy nie czułeś się na scenie swobodny. A więc częściowo chodziło o zmianę brzmienia, a częściowo o większy zakres wolności na estradzie.

- Moje ulubione utwory na "Test For Echo" to tytułowy, "Test For Echo", oraz "Time And Motion". Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej na temat okoliczności ich narodzin?

- Jeśli chodzi o "Time And Motion", to najpierw był tekst. Natomiast muzyka powstała bardzo szybko. Pierwsze frazy zrodziły się z odczuć, jakie wywołały w nas słowa. A potem pomyśleliśmy, że warto by to trochę udramatyzować. I wprowadziliśmy te potężne akordy. Wiesz ten kawałek można właściwie nazwać odrzutem. Jego pierwsza wersja Powstała bowiem kilka lat temu i nie została przez nas wykorzystana. Ale ostatecznie przyjął nieco inny, moim zdaniem bardzo interesujący kształt. To również jeden z moich ulubionych utworów na płycie. Historia "Test For Echo" jest bardziej zawiła. Najpierw mieliśmy ten maniakalny riff, który nadał charakter całości. Ale to była tylko podstawa. W tym wypadku zależało nam bowiem na stworzeniu muzyki obfitującej w dramatyczne przejścia, w jednej chwili pełnej przestrzeni, pełnej powietrza, w innej przeradzającej się w coś zagonionego, maniakalnego, z warstwą rytmiczną, która przyprawia o zawrót głowy.

- Trochę odbiega charakterem od pozostałych utworów kompozycja instrumentalna "Limbo"...

- Tworzenie muzyki instrumentalnej to dla nas największa frajda (śmiech). Komponując ją nie odczuwamy potrzeby trzymania się jakiejkolwiek konwencji. Tę przyjemność zostawiamy sobie zawsze na koniec sesji. Gdy wszystkie inne utwory są już gotowe, relaksujemy się bawiąc się różnymi pomysłami muzycznymi. Może to być cokolwiek. I dlatego "Limbo" (czyli "Otchłań" - przyp. ww) to tytuł, który tak dobrze odpowiada charakterowi tej muzyki. Powstała bowiem z wielu fragmentów, które chodziły nam po głowie od dawna, ale jakoś nigdzie nie pasowały. Wzięliśmy je na warsztat zaczęliśmy zastanawiać się nad tym, jak połączyć je w większą całość, co zrobić, by do siebie pasowały, czym je uzupełnić. "Limbo" to więc zwariowana, dziwaczna mieszanka.

 

DZIWNY ŚWIAT

- Jakie znaczenie mają teksty na płycie "Test For Echo"?

- Słyniemy z tego, że do tekstów przywiązujemy dużą wagę. A także z tego, że piszemy utwory, których teksty są ważne dla słuchaczy. W tej sytuacji jesteśmy już dziś właściwie zmuszeni pisać teksty o ciężarze gatunkowym nie mniejszym niż sama muzyka. I tak jest choćby z utworem "Test For Echo", który wydaje się zresztą interesujący również dlatego, że dobrze odzwierciedla obecną sytuację w zespole. Chodzi o to, że chociaż Rush istnieje już ponad dwadzieścia lat, gdy spotkaliśmy się po przerwie, aby przystąpić do pracy nad albumem, nie mieliśmy żadnej pewności, że ktokolwiek jeszcze słucha naszej muzyki, że to, co robimy, nadal znaczy coś dla ludzi. Ten utwór jest więc rodzajem pytania: "Czy ktoś tam jest?" Jego tekst pozwala też zapewne uświadomić sobie, jak dziwny stał się świat zespołu Rush (śmiech).

- Płytę "Test For Echo" nagraliście przy pomocy Petera Collinsa, który byl już współproducentem kilku waszych dawnych albumów - "Power Windows", "Hold Your Fire" i "Counterparts". Jak oceniasz jego wkład w sukcesy Rush?

- Jego rola polega przede wszystkim na tym, że swoimi działaniami wzmacnia naszą wiarę w siebie. Peter jest facetem, który czuje ciężar odpowiedzialności za słowo. Jest bardzo obiektywny. Jeśli mówi ci, że skomponowałeś dobry utwór, możesz mu wierzyć. Ale to nie wszystko. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że puszczam mu dziesięć kawałków. I on mówi że, powiedzmy, siedem z nich brzmi dobrze i nie warto się już nimi zajmować, a wystarczy jak najlepiej je nagrać. Natomiast do pozostałych nie jest przekonany. Możesz wtedy być pewien, że szybko wystąpi z bardzo śmiałymi sugestiami dotyczącymi ich poprawienia. Bardzo dobrze się z nim pracuje. I myślę, że świetnie poradziłby sobie z każdym rodzajem muzyki, ponieważ wszystko postrzega z tą samą dozą obiektywizmu. Odpowiada nam jako producent również dlatego, że jego myślenie o muzyce jest wolne od kwestii dotyczących realizacji nagrań. Szanuje realizatorów, z którymi pracuje, i całkowicie zdaje się na nich w tych sprawach. Koncentruje się na tym, by album, który powstaje, byt dobry jako całość.

 

COŚ FAJNEGO

- Czytałem gdzieś, że pierwszą piosenką, jaką nauczyłeś się grać, była "For Your Love" zespołu The Yardbirds. Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o swoich pierwszych muzycznych fascynacjach?

- Boże! Nic już nie pamiętam... Na początku lubiłem Roya Orbisona. A później odkryłem takie zespoły, jak John Mayall's Bluesbreakers, Cream, The Yardbirds. W dalszej zaś kolejności brytyjską muzykę progresywną.

- I pod wpływem tych nagrań zdecydowałeś się sam zacząć grać?

- Niezupełnie. Zanim zacząłem grać, zetknąłem się z ludźmi, którzy już to potrafili. I miałem wrażenie, że to coś fajnego, świetna zabawa. A poza tym, wiesz, ja byłem wtedy małym nerwusem. Natomiast gdy zacząłem grać na gitarze, w jednej chwili się uspokoiłem. I to również był ważny bodziec dla czternastolatka, który chciał być spokojnym gościem (śmiech). A w ogóle to przyjemne uczucie - gdy jako młody człowiek znajdujesz coś, w czym jesteś niezły.

- Kto był twoim idolem, gdy zacząłeś grać na gitarze basowej?

- Bez cienia wątpliwości Jack Bruce. Był dla mnie bogiem. Podziwiałem też Jacka Casady'ego z Jefferson Airplane. I Johna Entwistle z The Who.

- Czy pamiętasz swój pierwszy koncert w składzie Rush - we wrześniu 1968 roku w kawiarence w podziemiach kościoła anglikańskiego w Willowdale?

- Wiesz to było tak, że o czwartej po południu zadzwonił do mnie Alex. Powiedział, że ich basista (chodzi o pierwszego basistę Rush, Jeffa Jonesa - przyp. ww) nawalił i szukają kogoś, kto by go zastąpił. Zdążyliśmy więc odbyć tylko krótką próbę i zaraz musieliśmy wychodzić na scenę. I można powiedzieć, że w gruncie rzeczy uczyłem się materiału podczas koncertu. Był niezły ubaw, ale przyznam, że trochę się denerwowałem. Pamiętam ten wieczór bardzo dobrze.

- Podobno graliście wówczas głównie utwory Cream.

- Tak, Cream, ale też Johna Mayalla i... Nie, nie pamiętam, co jeszcze (śmiech).

- Czytałem gdzieś, że w maju 1969 roku zostałeś wyrzucony z zespołu. Co się wtedy wydarzyło?

- Czy ja wiem? To były zwariowane czasy. Stworzyli wtedy skład czteroosobowy, w którym nie było dla mnie miejsca (trzon grupy, tak jak na początku, stanowili gitarzysta Alex Lifeson i perkusista John Rutsey, śpiewał i grał na basie Joe Perna, a pianistą i drugim wokalistą byt Lindy Young-przyp. ww). Założyłem wtedy własny zespól Ogilvie o bardziej bluesowym profilu. Radziłem sobie całkiem nieźle, grałem sporo koncertów. Natomiast ich grupa się rozleciała. Alex i John zostali sami. Wyszło na to, że beze mnie sobie nie poradzą. Poprosili więc, bym do nich wrócił (śmiech).

 

STARA FOTOGRAFIA

- Dlaczego na pierwszy singel Rush, nagrany w 1973 roku, wybraliście standard rock'n'rollowy, "Not Fade Away" Buddy Holly'ego, a nie jakąś własną kompozycję?

- Nie pamiętam, to było tak dawno... Przypuszczam, że nasz menażer uznał, iż powinniśmy nagrać coś, co ludzie rozpoznają, a nie którąś z naszych dziwacznych piosenek. Wiesz, w tym czasie próbowaliśmy przetrwać grając w barach. I w tych barach nikt nie chciał słuchać naszej muzyki. Domagali się wyłącznie przebojów, które znali. Nasze kompozycje były dla nich prawdopodobnie zbyt dziwne,

- Jak dziś oceniasz pierwszy album Rush, zatytułowany "Rush"?

- Nie mogę go słuchać.

- Dlaczego?

- To tak, jakbyś patrzył na starą fotografię, zrobioną dwadzieścia lat temu. Dokładnie takie samo przeżycie. Patrzysz na siebie i nie możesz się nadziwić: "To naprawdę ja? Uauu! Byłem wtedy taki młody! Ale zaraz, co za śmieszne okulary! I dlaczego ubierałem się tak głupio?" Tak samo jest z muzyką. Spoglądasz za siebie i zdumiewa cię, że mogłeś grać coś tak naiwnego. Dziś zagrałbyś to o wiele lepiej. Być może niektóre z tych utworów nadal komuś się podobają. Ale tylko jeden broni się zdecydowanie bardziej niż inne - "Finding My Way".

- Uważa się, że jednym z punktów zwrotnych w karierze Rush był pierwszy duży koncert w Stanach - w Cleveland w czerwcu 1974 roku. Zagraliście wtedy po węgierskiej grupie Locomotiv GT a przed ZZ Top...

- Tak, pamiętam ten dzień. Miałem potworną tremę - wychodziłem na scenę na trzęsących się nogach. Zdaje się, że John Rutsey grał jeszcze wtedy z nami. Tak to był jedyny koncert Rush w Stanach z Johnem Rutseyem (Geddy zapomniał, że kilka tygodni wcześniej grupa zagrała na małym festiwalu w East Lansing w stanie Michigan - przyp. ww). To było duże przeżycie. Już samo to, że byliśmy w Stanach i graliśmy w amerykańskim teatrze, wydawała nam się czymś niesamowitym. Wiesz byliśmy wtedy bardzo młodzi i byle co zapierało nam dech w piersiach.

 

BRAKUJĄCY ELEMENT

- Czy odejście Johna Rutseya w lipcu 1974 roku było dla was dużym zawodem?

- To był bardzo trudny, pogmatwany okres. Było mnóstwo problemów. No i w pewnej chwili stało się oczywiste, że uda się je rozwiązać pod warunkiem, że on pójdzie swoją drogą, a my swoją. Było z tym sporo zamieszania. I szczerze mówiąc, byliśmy trochę przerażeni, ponieważ odszedł na kilka tygodni przed pierwszą trasą zespołu po Stanach. Trzeba było więc się bardzo spieszyć ze znalezieniem kogoś na jego miejsce. Mieliśmy jednak sporo szczęścia. Pewnego dnia drzwi naszej sali prób otworzyły się i stanął w nich głupkowato wyglądający młody człowiek z maleńkim zestawem perkusyjnym pod pachą. I sukinsyn zagrał tak, że buty pospadały nam z nóg. Nazywał się Neil Peart. Tak, to był szczęśliwy moment w historii Rush (śmiech).

- Jak bardzo twoim zdaniem muzyka Rush zmieniła się, gdy ustalił się skład z tobą, Alexem i Neilem?

- Wiesz, Alex i ja zawsze chcieliśmy grać muzykę bardziej skomplikowaną niż z początku. Ale John nie miał takich ambicji. I dopiero gdy w składzie pojawił się Neil, urzeczywistnienie tych planów stało się realne. Przybycie Neila było jak znalezienie brakującego elementu układanki. Był jeszcze jedną osobą w naszym gronie, która również chciała grać bardziej wyrafinowaną muzykę. Można więc powiedzieć, że na swój sposób odegrał w historii Rush rolę katalizatora. Był naprawdę tym kimś, kto sprawił, że nasze ambicje mogły zostały zaspokojone.

- A jednak w okresie, z którego pochodzi trzecia płyta Rush, "Caress Of Steel", powiedziałeś w wywiadzie dla "Guitar World": "W porządku, może powinniśmy powiesić gitary na haku i rozjechać się do domów". Co sprawiło, że straciłeś wtedy wiarę w Rush?

- "Caress Of Steel" to była osobliwa płyta. A poza tym... Przypuszczam, że byliśmy w tym czasie zbyt wielkimi idealistami. Ale z drugiej strony, jeśli zajmujesz się czymś takim jak muzyka i masz tyle lat, ile my wtedy (dwadzieścia dwa - dwadzieścia trzy - przyp. ww), powinieneś podchodzić do wszystkiego idealistycznie. To właśnie okres idealizmu w życiu człowieka. Tymczasem my na każdym kroku spotykaliśmy się z nastawieniem przerażająco negatywnym - ze strony i managementu, i wytwórni płytowej, i agencji koncertowych... Graliśmy wtedy głównie w maleńkich klubach, a jeśli nawet w większych salach to wyłącznie jako przedgrupa. To wszystko było bardzo przygnębiające. Nie potrafiliśmy wykrzesać w sobie w ogóle pozytywnej energii. Znikąd nie słyszeliśmy ani jednego słowa zachęty, czegoś w rodzaju: "Dobra robota!" albo: "Zagrajcie jeszcze coś!". Znikąd. Zaczęliśmy więc zadawać sobie pytanie, czy warto to ciągnąć. Czy warto tłuc się miesiącami przez Amerykę, skoro nikt nie dostrzega w tym, co robimy, niczego wartościowego. No i pojawiła się myśl, że może lepiej się rozstać.

- Czy był to jedyny moment w historii Rush, gdy zwątpiliście we wspólną przyszłość?

- Nie. Przyznam, że w ostatnich latach wszyscy trzej przeżyliśmy chwile zwątpienia w wartość tego, co robimy. Wiesz jeśli jest się ze sobą tak długo jak my, człowiek musi zacząć sobie stawiać pytanie o powody bycia razem. Czy uczestniczy w tym tylko dlatego, że zespół odniósł sukces. Czy dlatego, że właśnie z tymi ludźmi jest w stanie stworzyć coś wartościowego, że w tym zespole może powiedzieć coś ważnego w sferze muzycznej. Myślę, że im dłużej jest się ze sobą, tym większą odczuwa się potrzebę udowadniania sobie, że to nadal ma sens, że nie jest to strata czasu. Pozostawać członkiem Rush tylko po to, by być członkiem Rush - ciężko byłoby z czymś takim żyć. Nikt z naszej trójki nie chciałby mieć uczucia, że jest w Rush dla jakichkolwiek innych powodów niż ten, że nadal wierzymy w naszą muzykę.

 

AKT REBELII

- Po nieudanej płycie "Caress Of Steel" nagraliście album "2112", przez wiele osób uważany za rockowe arcydzieło. Jak myślisz, co sprawiło, że powstała wtedy muzyka tak niezwykła?

- Ta płyta zrodziła się z wielkiej namiętności. I z ogromnego ładunku energii. Myślę, że był to akt rebelii przeciwko całemu temu negatywnemu nastawieniu do nas, o którym mówiłem. To był nasz sposób, by powiedzieć: "Odpieprzcie się. Zostawcie nas w spokoju. Dobrze wiemy, co chcemy robić. I to właśnie będziemy robić". Myślę, że ten rodzaj namiętności i ten rodzaj energii, jakie w nas wówczas były, miał ogromny wpływ na to, że powstała płyta taka, a nie inna. Moim zdaniem to pierwszy album Rush, który jest od początku do końca naszym dziełem, na którym zatarły się już wpływy innych. A nawet jeśli można dosłuchać się na nim jakichś wpływów, nasze brzmienie je przysłania. Tak, "2112" ta płyta, na której narodziło się brzmienie Rush.

- Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że na "2112" próbowaliście ująć w dźwięki to, co Ayn Rand wyraziła w swoich książkach słowami. Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o źródłach waszej fascynacji twórczością Ayn Rand?

- Można chyba powiedzieć, że w historii Rush nastąpiła wtedy "era Ayn Rand". Tym, co nas urzekło, były nie jej poglądy polityczne (skrajnie prawicowe - przyp. ww) a zawarty w jej dziełach manifest artystyczny. Jeśli wczytasz się w książkę "The Fountainhead" widzianą jako przeciwieństwo "Atlas Shrugged", zrozumiesz o co mi chodzi. Wyraża ona tęsknotę za dziełem, które jest krańcowo zindywidualizowaną wypowiedzią artysty. A także przekonanie, że o wadze tej wypowiedzi decyduje jej uczciwość. Po tych wszystkich trudnościach, których doświadczyliśmy w pierwszym okresie, aż do płyty "Caress Of Steel", przeczytanie czegoś takiego było dla nas niezwykle inspirujące. Zaczynaliśmy już bowiem trochę tracić wiarę w naszą artystyczną wizję. Wizję dopiero nabierającą wyraźniejszych konturów, ale jednak naszą własną. I twórczość Ayn Rand, zwłaszcza "Anthem" i "The Fountainhead" była dla nas w tym czasie prawdziwym pokrzepieniem. Dała nam siłę, by się nie poddać i nadal robić swoje.

 

MIECZ I CZARY

- Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że "Moving Pictures" z utworami takimi jak "Limelight" to płyta bardziej osobista niż wszystkie wcześniejsze albumy Rush. Co o tym sądzisz?

- Wydaje mi się, że "Limelight" to utwór odzwierciedlający walkę, jaką Neil toczył w tym czasie z samym sobą. Stanowi jego próbę spojrzenia na siebie z pewnego dystansu. Jest pytaniem o sens własnych poczynań, a także wyrazem zmagań ze sławą, z niedogodnościami, jakie wiążą się z sukcesem. Myślę, że praca nad tym tekstem była dla niego rodzajem terapii. Pomogła mu postawić sobie kilka ważnych pytań. Nie potrafię jednak powiedzieć w jakim stopniu ta osobista perspektywa uwidoczniła się w innych utworach z "Moving Pictures". Wiem jedynie, że podczas pracy nad tą płytą bardzo dokuczało nam poczucie odizolowania od świata. Wiesz atmosfera uwięzienia w domu zasypanym śniegiem. Zresztą podobny nastrój panował podczas ciągnącej się kilka długich miesięcy sesji "Test For Echo". Praca w takich okolicznościach zawsze zbliża nas do siebie i sprawia, że w tym, co robimy, jest więcej emocji.

- "Moving Pictures" to dla wielu ludzi kolejny klasyczny album Rush. Jaki ty masz stosunek do tej płyty?

- Jestem z niej naprawdę dumny. Ogromnie lubię "Moving Pictures". Ta kombinacja muzyki dość wyrafinowanej i hard rocka bardzo mnie satysfakcjonuje. Wiesz my zawsze próbowaliśmy łączyć w swojej twórczości trzy różne rzeczy: złożoność formalną rocka progresywnego, piękne melodie i ekspresję hard rocka. Często nic z tego nie wychodziło, ale czasem osiągaliśmy dokładnie to, co sobie zamierzyliśmy.

- Alex tak scharakteryzował ten moment w historii Rush: "Poddaliśmy się już klimatowi lat osiemdziesiątych. Postanowiliśmy zerwać z estetyką spod znaku miecza i czarów". I odświeżyć wszystko od wyglądu zewnętrznego aż po sposób tworzenia muzyki i jej wykonywania. Jak ty to pamiętasz? Czy rzeczywiście "Moving Pictures" to punkt zwrotny w karierze Rush?

- Może w pewnym sensie. Ale dla mnie takim punktem zwrotnym była raczej płyta wcześniejsza, "Permanent Waves". To tam zaczęły się eksperymenty. A "Moving Pictures" to raczej ich owoc. Zresztą te dwie płyty mają dla mnie równorzędne znaczenie w historii Rush. Poza tym, wiesz... Ja w ogóle nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek postanowił: "Dobra, czas się zmienić, zerwać z estetyką spod znaku miecza i czarów". Wydaje mi się, że zmiany nastąpiły w naturalny, ewolucyjny sposób.

 

ROCK'N'ROLL

- Dziennikarz pisma "Kerrang!" napisał w recenzji z płyty "Roll The Bones": Zespół znowu odkrył rock'n'roll. Kompozycje mają w sobie sporo pikanterii, w graniu czuje się ogień. To najlepszy album Rush od dawna. Czy uważasz, że jest to trafna ocena "Roll The Bones"?

- Czy ja wiem? To zapewne najlepsza nasza płyta z tego okresu, z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Przynajmniej jeśli chodzi o kompozycje. Zresztą trudno mi oceniać naszą muzykę z innego punktu widzenia. Jest tam kilka naprawdę świetnych utworów, choćby "Dreamline", "Roll The Bones" i "Bravado". Moim zdaniem to jedne z najlepszych kompozycji, jakie kiedykolwiek udało nam się stworzyć.

- W Polsce bardzo ciepło przyjęto również wasz kolejny album, "Counterparts"...

- Wiesz na "Counterparts" nastąpiła dość drastyczna zmiana brzmienia zespołu. I moim zdaniem wynikiem jest jedna z najlepiej brzmiących płyt Rush od dawna. Pod tym względem to był ogromny krok do przodu, zwłaszcza w stosunku do albumów "Roll The Bones" i "Presto". Nie ulega też wątpliwości, że jest tam kilka wspaniałych utworów - naprawdę w nie wierzę. Wyróżniłbym zwłaszcza "Nobody's Hero".

 

KORZENIE

- Chciałbym ci teraz, jeśli pozwolisz, zadać osobiste pytanie. Wiem, że twoi rodzice urodzili się w Polsce, a wyjechali do Kanady dopiero po wojnie. Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o swoich związkach z Polską?

- Tak to prawda. Moi rodzice pochodzą z małych polskich miast. Mama urodziła się w Starachowicach, ojciec gdzieś w pobliżu. Podczas wojny jako Żydzi trafili do obozów koncentracyjnych w Niemczech, ale przeżyli i po wyzwoleniu wyemigrowali do Kanady. Ja niedawno byłem w Polsce. W ubiegłym roku mama po raz pierwszy od chwili zakończenia wojny wybrała się w rodzinne strony. Chciała pokazać nam - mojemu bratu, mojej siostrze i mi - miejsca swojego urodzenia, swojego dorastania, swojej młodości. Chciała zabrać nas tam, gdzie sięgają korzenie naszej rodziny. Spędziliśmy kilka dni w Warszawie, później pojechaliśmy do Starachowic, gdzie udało nam się odnaleźć dom, w którym mieszkała. A na koniec wybraliśmy się na kilka dni do Krakowa. To była bardzo interesująca podróż.

- Jak myślisz, czy przyjedziesz kiedyś do Polski z zespołem Rush?

- Tego nikt nie wie (śmiech). W tej chwili trudno mi mówić o naszych planach koncertowych na najbliższe miesiące, ponieważ nic nie jest jeszcze ustalone. Ja osobiście chciałbym, by zespół dotarł do Europy Wschodniej, bo wiem, że mamy w tej części świata fanów, a nigdy tam nie graliśmy. Nie jesteśmy już jednak młodzieniaszkami i nie wszyscy z naszej trójki z takim samym entuzjazmem odnoszą się do działalności koncertowej. W tej chwili bardzo trudno dogadać mi się z kolegami na temat jakichkolwiek koncertów, a co dopiero koncertów w tak odległej części świata. Nie potrafię więc nic powiedzieć.

- Czytałem jednak, te planujecie wydanie płyty koncertowej w bliskiej przyszłości...

- Owszem. Zarejestrowaliśmy kilka występów podczas poprzedniej trasy Chcemy też nagrać jeszcze kilka niebawem. Mamy też trochę starszego materiału, który możemy wykorzystać. Mam więc nadzieję, że powstanie interesująca płyta koncertowa o charakterze retrospektywnym.

- Czy jest coś, co chciałbyś na zakończenie naszej rozmowy przekazać za pośrednictwem "Tylko Rocka" wszystkim fanom Rush w Polsce?

- Chciałbym jedynie podziękować im za to, że są fanami Rush, że nas wspierają od tylu lat. I mam nadzieję, że dotrzemy jeśli nie do samej Polski, to na tyle blisko, by mogli zobaczyć nas na żywo.

 

rozmawiał: WIESŁAW WEISS


RUSH
2112

Mercury (1976)

2112: Overture, The Temples Of Syrinx, Discovery, Presentation, Oracle - The Dream, Soliloquy, Grand Finale; A Passage To Bangkok; The Twilight Zone; Lessons; Tears; Something For Nothing

Skład: Geddy Lee - b,voc; Alex Lifeson - g, voc; John Rutsey - dr,voc
Produkcja: Rush i Terry Brown

   2112 jest w dorobku Rush kamieniem milowym. To kolejny krok zespołu na drodze progresywnego rocka ale też potwierdzenie, że muzyka kanadyjskiego tria nie da się jednoznacznie zaszufladkować. Artrockowy rozmach formalny, stylistyczne wątki, kojarzące się bardziej z takimi zespołami jak Yes, Genesis czy nawet Jethro Tull, łączą się na tej płycie z "tradycyjnym", hardrockowym graniem zespołu. Literacka treść suity 2112, wypełniającej ponad połowę płyty, jest "mistyczno-kosmiczna". Wyraziste, "tasiemcowe" motywy instrumentalne, wykonane (co typowe dla Rush) z wirtuozerskim zacięciem, często przeplatają się z rozwiązaniami charakterystycznymi dla Yes ("nerwowa" progresja w Overture, melodia wokalna w Discovery), Genesis (też melodia w Discovery), Jethro Tull (brzmienie, arlykulacja i progresja w Presentation) i nawet The Who! (progresja akordowa i rytm w Soliloquy). Korzystanie z niby-naturalistycznych efektów, jak "jęk" rozpędzanej płyty, "kosmiczne" dźwięki, huk startującej rakiety czy szum płynącej wody jeszcze wzbogacają propozycje tria. Jeśli wziąć pod uwagę rozmach formalny suity Rush, tym bardziej zastanawiające jest umieszczenie po niej pięciu nie związanych z nią ani ze sobą utworów. Hardrockowy (najbardziej chwytliwy riff na płycie) i niemal żartobliwie orientalizujący A Passage To Bangkok znalazł się tu obok wyraźnie cechującego się frazą i manierą wokalną Led Zeppelin The Twilight Zone. Tego muzycznego rozkojarzenia dopełniają delikatne, wolno przelewające się Tears i bardziej urozmaicony formalnie Something For Nothing (mieszanka Rush, Led Zeppelin i The Who...).

   2112 to próba połączenia artrockowych formuł ze "starym" stylem Rush ale... Ale chyba nie udaje się panom Lee, Lifeson i Rutsey stworzyć czegoś naprawdę odmiennego. Może w takim minimalnym składzie to nie jest w ogóle możliwe? Chociaż trzeba przyznać, że jeśli komukolwiek mogło się to udać to tylko Rush.

KRZYSZTOF CELIŃSKI


RUSH
Moving Pictures

Mercury (1981)

Tom Sawyer; Red Barchetta; YYZ; Limelight; The Camera Eye; Witch Hunt; Vital Signs

Skład: Geddy Lee-voc, b; Alex Lifeson-g, voc; John Rutsey - dr, voc
Produkcja: Rush i Terry Brown

   Najlepsza płyta Rush? Tak twierdzi wielu, nawet sami muzycy, a ilość sprzedanych egzemplarzy zdaje się to potwierdzać. Nie jest to moja ulubiona płyta tej grupy, bo mamy tu próbę łączenia "zwykłej" progresywnej formy rockowej z "wydumanymi" wątkami artrockowymi (scheda po Genesis) i z bardziej nowatorskimi brzmieniami nowofalowymi, które lekko trącą The Police. Jednak w stosunkowo łagodnym wydaniu Rush ta muzyka brzmi jak autentyczny ciąg dalszy wcześniejszych poszukiwań muzycznych. Głos Geddy'ego Lee rzadko wchodzi tu w swoje charakterystyczne, wysokie rejestry. A przy tej "środkowej" barwie ten głos jest jednak mniej porywający, I może też dlatego ta płyta trochę mi nie pasuje.

   Chyba z racji rosnącej fascynacji klawiszową elektroniką, gitarowe rockowe ostrze zespołu jest niepotrzebnie stępione. Ta muzyka ma bogatszą niż wcześniej szatę, lecz też traci za dużo - według mnie - na rockowej żywiołowości. Nie zmienia to faktu, że Rush spisuje się perfekcyjnie wykonawczo (są tu bajeranckie podziały rytmiczne i zawrotne szybkie unisona gitary i basu - jak w YYZ). Obce dotąd triu stylistyczne elementy są zręcznie wplecione w fakturę aranżacyjną: jazz rock w YYZ, reggae (tak!) w Vital Signs czy typowo nowofalowe brzmienia gitary w Red Barchetta. Nie czuć najmniejszego fałszu wykonawczego w tych "obcych" Rush klimatach. I, co może najważniejsze, nie wydaje się, żeby to było robione na... siłę. Więc ostatecznie Rush zwycięsko broni się. Więc jednak nie powinno dziwić, że płyta została należycie doceniona przez rockowych fanów.

KRZYSZTOF CELINSKI

 

 

Od autora strony: oczywiście w "recenzjach" na końcu artykułu jest błąd - na obu albumach na perkusji grał Neil Peart, nie John Rutsey.


[Z archiwum R]    [Strona główna]