RECENZJE ALBUMÓW

Recenzje albumów z polskiej prasy muzycznej

Zobacz również recenzje zamieszczone we wkładce w piśmie Tylko Rock.

Jeżeli masz inne recenzje i mógłbyś mi je przysłać - .


TEST FOR ECHO

Autor: Grzesiek Kszczotek

Tylko Rock, nr 10/96 (str. 72)

Ocena: 3 3/4 (w skali do 5)

 

Oczekiwałem bardzo wiele. Niesamowitą płytą Counterparts sprzed trzech lat grupa sama zawiesiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko. No i nowy album Rush, Test For Echo, wydał mi się w pierwszej chwili jedynie świetnie wykonanym produktem.

Kilka kolejnych przesłuchań sprowadza jednak na Ziemię. Na spokojnie odkrywamy, że otwierające płytę tytułowe nagranie to małe cudeńko z "lekko" - jak zawsze u Lee - skomplikowanym basem i "niezłym" - jak zwykle u Lifesona - solem gitary. Z następnym w kolejce Driven jest jeszcze lepiej. Zapierają dech te wszystkie zaskakujące zmiany rytmu i nastroju. A pomysłowi - gdzieś tak w środku - z wchodzeniem kolejnych instrumentów można jedynie przyklasnąć. Half The World to klasyczny już przykład Rushowego łączenia melodyjności z pogmatwanymi partiami instrumentów. Color Of Right to przede wszystkim urzekające tło syntezatora, a Time And Machine - dla mnie najlepszy numer na płycie - muzyka przesycona niezwykłą, tajemniczą aurą.

I tak sobie płynie ta płyta, z choćby niesłychanie ciężkim brzmieniowo i wyszukanym harmonicznie Virtuality. Albo z delikatniejszym od pozostałych Resist, w którym Lifeson gra tak proste, a zarazem tak podniosłe solo, jakiego nikt się już chyba po nim nie spodziewał. Jest w końcu Limbo - ostra, instrumentalna jazda. A wszystko się tak pięknie i logicznie układa. Po prostu Rush. Z całkiem niezła płytą.

 


COUNTERPARTS

Autor: Piotr Kaczkowski

Tylko Rock, nr 2/94 (str. 55-56)

Ocena: 4 1/2 (w skali do 5)

 

W 1974 roku w Kanadzie trzech młodziaków wydało płytę własnym kosztem. Za wszystkie następne płacono już im. Przez te dwadzieścia lat skład zespołu nie zmienił się (ustalił się po pierwszej płycie). Nikt nie doszedł, nikt nie odszedł, nikt nie nagrywał solo, ani dla przyjaciół. Sympatią świata Rush obrastał powoli. Dopiero sukces Hemispheres (1978) spowodował szersze poszukiwania i odkrywanie pierwszych sześciu (!) płyt. Równie powoli to uczucie tracił stając się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych jeszcze trochę szlachecką, ale drugoligową drużyną. Wspaniały koncertowy zapis A Show Of Hands uznany został za łabędzi śpiew. Toteż niewiele uszu zastrzygło na granatowy kompakt Counterparts.

Nastawiałem tę płytę z bijącym sercem, chociaż niepewny po ostatnich czterech albumach równi pochyłej. Moje obawy zaczęły się rozpraszać już po pierwszych sekundach. Bębny bębnią, gitara łka i prowadzi, bas ściemnia, głos łączy. Jest takie jezioro miedzy słońcem i księżycem, o którym wie niezbyt wielu. W ciszy miedzy szeptem i krzykiem, w przestrzeni między ciekawością i wątpliwością. My counterparts - my foolish heart. Pięćdziesiąt cztery minuty przeleciały jak burza, na kartce z notatkami miałem dziesięć "plusów" i jeden "niepewny". Miłość może być ślepa, jeśli potrafisz być delikatny. Ta płyta gna nie oglądając się na style i mody, kpiąc z szufladek i list przebojów. Tu nie ma niepotrzebnego dźwięku. Ale również niczego nie brakuje. Proste, silne granie. I wszystka do siebie pasuje. Counterparts w potrzasku miedzy ciemnością a światem. To gdzie byś wolał być? Gdziekolwiek, byle nie tu. Kiedy czas właściwy nadejdzie? Kiedykolwiek, byle nie teraz... Głos oplata instrumenty, wciska się w każdą szczelinę. Ale nie wszystkie teksty docierają od razu. Musimy mieć czas zanurzyć się w książeczkę. Obrazki są do jeszcze powolniejszego smakowania, tak jak i słowne układanki o opóźnionym działaniu.

Counterparts - jak śrubka i nakrętka. Jak awers i rewers. Jak czerwone, żółte i zielone na skrzyżowaniu. Jak gitara, bas i perkusja na tej płycie. Jak Rush.

PS. Pierwszy raz w życiu napisałem recenzję. Czegokolwiek. Czegokolwiek? Jeżeli będziesz kiedyś chciał komuś opornemu wytłumaczyć, jaki jest dzisiejszy rock, a nie będziesz potrafił, nastaw tę płytę i daj pooglądać książeczkę.

 


ROLL THE BONES

Autor: Grzegorz Kalinowski

Tylko Rock, nr 3/91 (str. 65-66)

Ocena: 3 3/4 (w skali do 5)

 

Ponieważ moje opinie na temat osiągnięć Rush zawsze budziły niezadowolenie fanów grupy, obawiam się, że tym razem zamienimy się rolami, bo skoro wrogowi płyta przypadła do gustu, to znaczy, że musi być coś nie tak...

Kanadyjskie trio umiejętnie wymieszało na Roll The Bones elementy melodyjnego, przebojowego hard rocka i art rocka z lat siedemdziesiątych. Całość bardzo atrakcyjna, choć gdybym przeczytał powyższe uwagi i dowiedział się, że chodzi o Rush, uciekałbym gdzie pieprz rośnie.

Na płycie nie ma dłużyzn i tasiemcowych solówek, męczących zwolenników szybszej odmiany rocka. Są za to bardzo interesujące gitarowe riffy i nastrojowość charakterystyczna dla rockowych suit z lat siedemdziesiątych.

Na płycie jest tylko jeden utwór nie do zniesienia: Where's My Thing?, w którym Lifeson, Peart i Lee popisują się swoimi umiejętnościami.

Reasumując Roll The Bones to zbiór doskonale skomponowanych, zaaranżowanych i zagranych piosenek, które są czymś więcej niż piosenkami.

Moje ulubione kompozycje na płycie to przebojowa The Big Wheel oraz najspokojniejsza Ghost Of A Chance.

Polecam tę płytę wszystkim, którzy są zakochani w brzmieniu lat siedemdziesiątych i w Marillionie z czasów, gdy występował w nim Fish. Myślę, że nie tylko ja przekonałem się do grupy Rush i miejmy nadzieję, że nie odsuną się od niej po tej płycie zaprzysięgli wielbiciele.

 


PRESTO

Autor: Krzysztof Wacławiak

Rock,N'Roll, nr 3/90 (str. 29)

Ocena: 2 (w skali do 5)

 

Nie presto, tylko proste. Proste są drogi, którymi Rush dociera do swoich miłośników. Rush "uduchawia", "sublimuje", "estetyzuje", "uintelektualnia".

Energia jest zaraźliwa / entuzjazm się rozprzestrzenia / prądy reagują na lunarną grawitację / wszystko toczy się w synchronicznej relacji - śpiewa cienko basista Geddy Lee i wraz z pozostałymi graczami (Lifeson - gitara, Peart - perkusja) stroi swe piosenki w szatki nużącej "dwustopniowej" dramaturgii konstruowanej na zasadzie szybko-wolno, albo głośno-cicho, tak, jakby rockowa dynamika miała polegać wyłącznie na kontraście czarne-białe. Ale bieda to kupi. Bieda kupi namolne zadęcie i dowartościuje się do przesytu. Niech ma.

Druga gwiazdka za riff Superconductor, bardzo wysoką sprawność instrumentalistów i wspomnienia o płycie Moving Pictures z roku 1981, kiedy to Rush nie był jeszcze tak pokracznym anachronizmem jak dzisiaj.

 


A SHOW OF HANDS

Autor: Jan Szkaradziński

Non Stop, nr 6/89 (str. 27)

Ocena: 4 1/3 (w skali do 5)

 

Zespół oparł program na swoich znanych utworach, wykonując je perfekcyjnie i trzymając się blisko studyjnych pierwowzorów, bo zmian w strukturze (Closer To The Heart) niewiele. Całości dopełnia koncertowo "obowiązkowe" solo perkusyjne (The Rhythm Method).

Gra trzech, a słychać całą orkiestrę.

RZECZY ZNAMIENNE

Pierwszy koncertowy album Lee, Pearta i Lifesona nie mógł zawierać utworów z drugiego, złotego etapu twórczości Rush. Drugi koncertowy album tych muzyków owe utwory zawierać musiał. Trzeci k. a. prawie ich nie wykorzystuje, co podkreśla duchowy fakt, iż kapela prowadzi działalność świadomą i z premedytacją odrzuca większość artystycznych "szczudeł". Czasem szkoda, więc jednak nie rozpuszczam się z zachwytu.

Lwia część repertuaru to dzieła z lat 80. Geddy, Neil i Alex grają jednocześnie barokowo ozdobnie i w sposób militarnie zdyscyplinowany, zarazem metalowo dynamicznie i po popersowsku elegancko. "Architektonicznym" centrum całej imprezy jest oczywiście śpiewak-basista-keyman - aż dreszcz zdziwienia biega po uszach. Jak on to wszystko łączy i dzieli.

PODZIW

Basista, jakby nieco wyeksponowany, jest nadzwyczaj skuteczny i efektowny. "Cwałuje" niczym Królewska Konna. Zresztą bas w utworach Rush jest tym, czym nerw w zębie.

PYTANIE I

Czy państwu odpowiada Rush z elektronicznymi bębnami?

PYTANIE II

Co z Tobą dalej, Kanadyjska Maszyno?

PEWNIK

Trio z Toronto to nadal w y ś m i e n i t y band.

OSTRZEŻENIE (dla drogówki)

Samochodową drogę z domu do redakcji zwykle pokonuję w pół godziny. Nie wiem jak to się stało, ale gdy pewnego razu w drodze towarzyszyły mi płynące z kasety dźwięki "ASOH", przy niezmienionej godzinie wyjazdu kartę podbiłem prawie kwadrans wcześniej niż zwykle.

 


A SHOW OF HANDS

Autor: Piotr Praschil

Magazyn Muzyczny, nr 4/89 (str. 29)

Ocena: 10 (maksimum)

 

W dyskografii Rush płyty koncertowe mają specjalne znaczenie, stanowią bowiem podsumowanie pewnego okresu działalności i są zapowiedzią zmian muzycznego image. Tak było w przypadku All The World's A Stage, kończącej pierwszy, "najcięższy" okres stylistycznych wędrówek. Exit... Stage Left to pożegnanie z długimi, epickimi utworami. Trzeci etap to: Signals, Grace Under Pressure, Power Windows oraz Hold Your Fire. Muzyka z tych właśnie płyt jest treścią tej najnowszej. Materiał został nagrany głównie podczas Hold Your Fire Tour w 1988 r., jedynie dwa nagrania pochodzą z poprzedniej trasy.

LP jest udany pod każdym względem. Doskonale nagrany, zmiksowany, oddaje, na ile to możliwe na płycie, atmosferę koncertu. Żałuję tylko, że nie dysponuję CDV, bo wybuchające co chwilę okrzyki zachwytu publiczności wskazują na to, że i oko byłoby czym nacieszyć. Muzycznie jest to rodzaj The Best Of... Osobiście dodałbym do tego zestawu 1-2 utwory (np. Prime Mover), poza tym jest tu wszystko co najlepsze, m.in. Subdivisions, Red Sector A, Manhattan Project, Force Ten. Czy można chcieć coś jeszcze?

Dla mnie ta płyta jest kolejnym dowodem, że Rush to najlepszy rockowy zespół świata! Umiejętności czysto techniczne stawiają go w czołówce każdej kategorii. Jeżeli macie wątpliwości, to posłuchajcie np. sola perkusji - tylko Bill Bruford mógłby to zrobić na takim poziomie. Wirtuozowskie popisy w ramach krótkich, 4-6 minutowych utworów każą schylić czoła nad dyscypliną i elegancją stylu. Wyważenie proporcji między gitarowym a syntezatorowym brzmieniem czyni muzykę absolutnie perfekcyjną. Jeżeli więc jakiś zespól zasługuje dzisiaj na miano twórców rockowych symfonii, to właśnie Rush.

Takie płyty jak A Show Of Hands sprawiają dużo radości, ale też stawiają pytanie: co dalej? I choć trudno to sobie wyobrazić, w wypadku zespołu Rush może być tylko lepiej.

 


VICTOR (Alex Lifeson)

Autor: Piotr Nowicki

Gitara i Bas" nr 1/1997(25)

Ocena: **** (bardzo dobra; w skali od 1 - beznadziejna do 6 - na kolana)

 

W chwili gdy numer z ową recenzją trafi do rąk naszych czytelników będą oni zapewne już osłuchani z najnowszą płytą kanadyjskiego tria RUSH. Zanim jednak zespół przystąpił do realizacji kolejnego albumu, gitarzysta Alex Lifeson nagrał swoją debiutancką, solową płytę. Pomysły Lifesona przywodzą na myśl raczej nurt alternatywny niż progresywny. Mam tu na myśli grupy spod znaku RED HOT CHILI PEPPERS i spółki, choć teraz już mogą one nie być jednoznacznie kojarzone z alternatywą. Fascynacje takimi klimatami, jak grunge (SOUNDGARDEN etc.) i pionierami industry (NINE INCH NAILS) oraz ich przełożenie na dokonania artysty mogą wywołać oskarżenia o chęć przypodobania się młodszej klienteli. Kto jednak wie, co przez te wszystkie lata siedziało naprawdę w Alexie Lifesonie?

Głównym kluczem do tego albumu jest temat miłości. Zaczyna się prowokacyjnie, utworem Don't Care, w którym Erwin (wynajęty wokalista I MOHER EARTH) wykrzykuje "I'm gonna fuck you night and day!". Tak więc o miłości, ale dla dorosłych. Równolegle do tekstów własną drogą podąża muzyka. Równie niepokojąca, szorstka, pełna motoryki i napięć. W Start Today śpiewa niejaka Dalbello, której głos bardzo przypomina Geddy'ego Lee. Instrumentalny Mr.X to zdecydowanie jeden z najlepszych "gitarowych" momentów na płycie. Brzmienie, artykulacja, czy harmonia Lifesona są bez wątpienia jedyne w swoim rodzaju. Może on poszczycić się, własnym, oryginalnym stylem. Niełatwa to sztuka, lecz mamy do czynienia z weteranem, który okres poszukiwań ma za sobą, choć "Victor" to zupełnie nowe doświadczenie w jego karierze.

Zgodnie z zamiarami (tak wyczytałem w wywiadach) powstał kawałek solidnej muzyki, którego nie zdominowały partie solowe. Lifeson sprawdził się jako solidny gitarowy rzemieślnik z kreatywną wyobraźnią oraz jako kompozytor. "Victora" słucha się przyjemnie. czekając na nowy RUSH.

 


MY FAVOURITE HEADACHE (Geddy Lee)

Zobacz na tej stronie


VAPOR TRAILS

Zobacz na tej stronie


[Z archiwum R]    [Strona główna]