Opinie o koncercie Rush w Pradze

Autor: Zbigniew Stępień

Nadesłano: 1.10.2004


 

Wróciłem z Pragi z koncertu Rush i wciąż jestem pod wrażeniem. To trio jest wspaniałe i w znakomitej formie. Koncert trwał 3 godziny czystego grania, po odjęciu ok. 20 min przerwy w środku. Zaczęli od składanki instrumentalnej: po kawałku z kolejnych płyt, zaczynając od jedynki i dalej po kolei. Wydawało się, że przelecą po całej dyskografii, ale przy 'Permanent Waves' zabrał wreszcie głos Geddy Lee i wykonali w całości zdaje się, że 'Spirit of Radio'. A potem - skakali już po całej 30-letniej dyskografii (w końcu to trasa jubileuszowa na 30-lecie zespołu), wreszcie 'One Little Victory' z ostaniej płyty z ich własnym materiałem ('Vapor Trails') - ozdobiona żywym ogniem buchającym na scenie - i przerwa. A w czasie przerwy jak i przed koncertem - z głośników muzyka dobrze znana i lubiana przez miłośników Rush, a więc King Crimson, Led Zeppelin, Yes itp,; żadnego pop-u, rap-u czy czegoś w tym guście. I druga część koncertu, jeszcze bardziej porywająca od pierwszej, a w niej między innymi 'Dreamline' z 'Roll the Bones' ozdobiona pięknymi światłami laserowymi, które przecinały całą salę oraz brawurowo wykonana 'La Villa Strangiato' (z 'Hemispheres').

A punktem kulminacyjnym było solo perkusyjne Neila Pearta. Muszę przyznać, że - nie ujmując nic innym perkusistom, z Alanem Whitem włącznie - takiej solówki to ja jeszcze nie słyszałem, przynajmniej osobiście na żywo. Była konsekwentna i przemyślana, bez "gadulstwa" i bezmyślnego walenia byle szybciej i głośniej. Było też na co popatrzeć, chociaż Pearta właściwie nie było widać, gdyż był dokładnie otoczony swoimi instrumentami, które w czasie jego solówki były pięknie, różnokolorowo podświetlone. Zaczął na zestawie elektronicznym oraz marimbach, po czym wstał, zrobił w tył zwrot i siadł za zestawem akustycznym (a w tym momencie scena obrotowa, na której ustawiona była cała perkusja obróciła się o 180 stopni, dzięki czemu nie musiał grać tyłem do publiczności) - kontynuował, wykorzystując pod koniec sample dźwięków instrumentów nie-perkusyjnych, aż w końcu uruchomił podkład big-bandowy i zakończył w stylu swing-jazz. Fantazja.

Po solu na perkusji coś, co jest ostatnio modne na koncertach: krótka część akustyczna. Peart poszedł za kulisy, a wrócili Lifeson i Lee, zasiedli z gitarami akustycznymi na krzesłach i wykonali 'Resist' z 'Test for Echo', po czym już we trzech dalej dawali czadu (oj, było głośno!). Zagrali coś z każdej ze swoich płyt - z wyjątkiem 'Presto'. Dlaczego tę jedną pominęli? Może taka fantazja, a może akurat w Pradze; nie wiem, co grali gdzie indziej.

Oczywiście obaj gitarzyści często zmieniali gitary, Lifeson częściej, zrobił nawet numer w stylu Steve'a Howe'a: aby mógł zagrać wstęp do 'The Trees' na gitarze klasycznej, asystent wniósł gitarę klasyczną zamocowaną na stojaku. Geddy Lee rzadziej zmieniał swój bas, ale za to wykorzystywał również instrumenty klawiszowe - dosyć oszczędnie, zgodnie z ostatnimi tendencjami w zespole (płyta 'Vapor Trails' jest nagrana całkowicie bez instrumentów klawiszowych). No i oczywiście śpiewał, jego wysoki głos wciąż dobrze brzmi. Lifeson sporadycznie wspomagał go drugim głosem.

Wreszcie zagrali 'Working Man' (z jedynki) i koniec, kilka minut owacji - i wychodzą na bis. Bisują utworami "swoich mistrzów" z lat 60-tych; grają, oczywiście, znakomicie. Kończą, kłaniają się, owacja i naprawdę koniec. Kiedy te 3 i pół godziny zleciało - nie wiadomo.

Koncert potwierdza, że Rush to naprawdę mistrzowie. Peart jest klasą sam dla siebie. Geddy Lee - dobrze śpiewa, potrafi ubarwić brzmienie utworu dźwiękami instrumentów klawiszowych, ale to przede wszystkim znakomity basista. Jego gra nie ma nic wspólnego z wystukiwaniem rytmu na basie - palce chodzą mu cały czas wygrywając skomplikowane pasaże. Można powiedzieć że, podobnie jak u Chrisa Squire'a, jest to "prowadząca gitara basowa". Jedynie, w porównaniu z Chrisem, Geddy Lee mniej operuje barwą swej gitary. Jeśli chodzi o prawą rękę, to Geddy gra palcami, czasami techniką 'stick'.

Alex Lifeson - uniwersalny gitarzysta, błyskotliwy i szybki w solówkach, znakomity jak mało kto w grze akordowej oraz potrafiący wydobyć walory gitar akustycznych.

Jako zespół - są perfekcyjnie zgrani. Nie zauważyłem jakichś wpadek. Ach - i oczywiście grali we trzech, bez muzyków towarzyszących, natomiast od czasu do czasu wspierali się playbackiem (mało rąk).

Osobna sprawa to efekty wizualne. Za sceną umieszczony był wielki ekran, na którym wyświetlane były klipy mniej czy bardzej ściśle wiążące się z treścią aktualnie granego utworu, bądź zbliżenia muzyków - dzięki temu można było oglądać Pearta, bo bezpośrednio zza perkusji nie było go widać. No i znakomite światła zsynchronizowane z muzyką. A na scenie stały w charakterze dekoracji dwa wielkie automaty pralnicze, w których przez cały koncert coś tam się przewalało (coś jakby kolorowe ręczniki). A po ostatnim utworze Lee i Lifeson wyjęli "pranie" z pralek i rzucili w publiczność. Kto złapał - ma pamiątkę z koncertu. Czyżby to jakaś przenośnia, że koncert jest swego rodzaju oczyszczeniem? Interpretacja dowolna.

Jedyny minus - to "garażowe brzmienie" w T-Mobile Arena, na szczęście po pewnym czasie słuch się adaptuje.

Tyle o koncercie, na którym nie zawiodłem się w najmniejszym stopniu i o którym marzyłem od bardzo wielu lat. A kto wie, jak długo zespół będzie jeszcze istniał? - więc być może to już była ostatnia okazja.

Zbigniew Stępień

 


[Opinie]    [Strona główna]