Recenzja Moving Pictures

Autor: BlackHeart

Nadesłano: 9.10.2003

Recenzja napisana dla vortalu www.musicinside.pl, przedruk za zgodą autora.


 

RUSH - Moving Pictures

1981 PolyGram Records. Inc.

Geddy Lee - Bass guitars, Oberheim polyphonic, OB. - X, Mini - Moog, and Taurus pedal Synthesizers, vocals

Alex Lifeson - Six and twelve stric electric and acoustic guitars, taurus pedals

Neil Peart - Drum kit, timbales, gong bass drums, orchestra bells, glockenspiel, wind chimes, bell tree, crotales, cowbells, plywood

Gościnnie: Hugh Syme - synthesizers on "Witch Hunt" (art. Direction graphics and cover concept)

1. Tom Sawyer
2. Red Barchetta
3. Yyz
4. Limelight
5. The Camera Eye
6. Witch Hunt
7. Vital Signs

Kolejny bohater pocztu Dzieł Wybitnych... Ktoś niedawno zwrócił mi uwagę, że zajmuję się wyłącznie recenzowaniem rzeczy epokowych, zapominając, ze powinnością krytyka jest... krytykowanie właśnie. W porządku, na piętnowanie przyjdzie czas, na początku jednak chcę przybliżyć Wam największe dokonania rocka, które w wielkim stopniu wpłynęły na dalsze kształtowanie się muzyki popularnej i bez których płytoteka prawdziwego melomana jest baaardzo niekompletna. "Moving Pictures" trójki Kanadyjczyków z Rush to jeden z największych manifestów nowych czasów, wejścia w lata 80 te, a zarazem doskonały pomost miedzy wielką formą lat 70 - tych a przebojowością 80 - tych. Ostre hardrockowe gitary wzbogacone zostały, w większym stopniu niż na poprzednich albumach, różnego rodzaju syntezatorami i instrumentami klawiszowymi. Panowie Lee, Peart i Lifeson dali słuchaczom do zrozumienia, ze zależy im na hitach i są w stanie stworzyć prawdziwe przeboje nie raniąc przy tym swej artystycznej duszy i nie zamieniając się w popowych rzemieślników. Z narzuconego sobie zadania wyszli zwycięsko, dorabiając się multiplatyny, 3 wielkich przebojów (jak na 7 utworowy album to naprawdę dużo) i wciąż pozostając w nobilitowanym gronie zespołów prog - rockowych. Tutaj należy zwrócić uwagę, że jako jedna z nielicznych grup wykonujących ten rodzaj muzyki, Rush przetrwali punkową zawieruchę końca lat 70 tych nie spadając ze szczytu. Dziś z dokonań "Kopiącego" tria ( "Rush" znaczy, wykop, gwałtowne doznanie, np. po zażyciu narkotyków lub spowodowane gwałtownymi emocjami) garściami czerpią takie tuzy ambitnego rocka jak Dream Theatre, Tool, Iron Maiden czy spore grono power metalowe. "Moving Pictures", jak wcześniej zasygnalizowałem, było dziełem przełomowym nie tylko dla Rush ale i dla muzyki rockowej , dało do zrozumienia, ze nie trzeba wybierać między sztuką a rynkiem zbytu, bo wszystko można idealnie połączyć. A jak owo połączenie wyglądało? Album otwiera potężne syntezatorowe uderzenie, do którego dołącza po chwili zimny głos Geddy'ego Lee (tak tak, histeryczna maniera wokalna charakterystyczna dla Rush lat 70 -tych stała się historią) i gitara Alexa Lifesona. Pierwszy poważny hit "Ruchomych Obrazków" Tom Sawyer to niesamowity kolaż dźwiękowy, gdzie elektronika wspaniale komponuje się z klasycznym rockowym instrumentarium. Mamy tutaj przewspaniałą melodię, momenty, przy których ciarki przechodzą przez plecy ( niesssamowite wejścia syntezatorów), połamaną rytmikę, doskonały głos wokalisty i mistrzowską solówkę gitarową. Alex Lifeson nie szarżuje ze swoim instrumentem, partie solowe zagrane są ze smakiem, popisy wirtuozerskie niezwykle wyważone, od pierwszego utworu mamy świadomość, ze obcujemy z artystą świadomym swej klasy. Sama treść "Tomka Sawyera" także potrafi zaintrygować, oto główny twórca Rushowych liryków Neil Peart ustami Geddy'ego Lee opisuje współczesnego bohatera powieści Twaina, kontestatora, aroganta, buntownika a wraz z nim całą "młodą gniewną" generację. Niełatwo jednak wychwycić jego intencję, nie do końca wiadomo, czy Peart piętnuje taką postawę, traktuje z rezerwą, czy wychwala w niebogłosy. Jest to sztandarowy przykład niezwykłej inteligencji i przewrotności tekstów "Rush". "Red Barchetta" (kolejny ogromny przebój i jeden z najjaśniejszych punktów koncertów zespołu) zaczyna się subtelnie, magicznie, delikatnymi dźwiękami gitary i kojącym śpiewem, jednak, po chwili, zgodnie z motoryzacyjną tematyką, rozpędza się zabierając nas w niesamowitą podróż legendarną czerwoną Barchettą, która do tej pory stała zapomniana w garażu wujka. Znów wspaniały tekst opowiadający o małym chłopcu, który pod stertą nikomu niepotrzebnych rupieci odnalazł piękny samochód i marzy o przejażdżce maszyną. Wyobraźnia działa, podczas zabawy jego umysł wyświetla niebezpieczne pościgi rodem z "Bullita", zbocza gór zastępują szerokie ulice wielkiego miasta by za chwilę ustąpić miejsca wiejskim bezdrożom. Temat, ktoś powie, banalny, jednak tak pięknie napisany, zaśpiewany i tak mistrzowsko zagrany, że wzruszy niejednego twardziela. Trzeci "Ruchomy Obrazek" to instrumentalny popis Lee, Lifesona i Pearta, szalone, poszarpane dzieło, w którym ci trzej Kanadyjczycy pracują za kilkuosobowy zespół powalając wręcz swą techniką i dając upust wirtuozerii. Proszę posłuchać perfekcyjnej pracy gitary basowej, niejednolitego rytmu wspaniale z nim współpracującej perkusji. O gitarze Lifesona już może nie wspominam, polecam za to przysłuchać się i dowiedzieć któż był największym nauczycielem na przykład Pettrucciego. "Yyz" to prawdziwa rewolucja, kawałek, który równie dobrze mógłby powstać teraz, w tym roku, w tym miesiącu, ponieważ ząb czasu nawet go nie drasnął. "Limelight" (oczywiście następny hit) to przestroga przed zdradliwym życiem w świetle reflektorów, pochwała życia w fascynacji, pielęgnowania swoich pasji, nagana dla tych, którzy mimo wszystko trwają w izolacji gubiąc się w świecie sławy, nadużywając statusu gwiazdy. Śpiew Geddy'ego po prostu rzuca na kolana, jest taki, przepraszam za wyrażenie, skoczny, przewrotnie wesoły. Pomimo dość szybkiego rytmu refren jest spokojny a solówka gitarowa to już zupełnie inny świat, na moment wszystko cichnie pozostawiając w tytułowym świetle jupiterów mistrza Lifesona. Bajka. Kolejny utwór hitem radiowym być już nie mógł, głównie z powodu swych rozmiarów (10 minut, 56 sekund) i wielowątkowości. "Camera Eye" oferuje nam mnogość melodii, znów możemy rozkoszować się zdolnościami zespołu, rozkosz ta trwa jednak dłużej i mogła by trwać w nieskończoność. Piąty utwór na płycie jest spojrzeniem za siebie, wielka forma charakterystyczna dla gigantów lat 70 tych mogła być ryzykiem w nowej dekadzie, ryzyko się jednak opłaciło. Genialny opis wyizolowanego społeczeństwa opowiedziany dźwiękiem i słowem... Tłum wielkiego miasta, dzieci molocha, tak ich wiele, a tak naprawdę każdy żyje sam. Zamknięty w swej twardej skorupie myśli jedynie o dobrach doczesnych, obowiązkach, żyje szarą rutyną dnia powszedniego. Nieważne czy to Nowy Jork, czy Londyn, ludzie wszędzie są tacy sami, zimni, niemili, twarze zaciśnięte w nerwowym grymasie. Pośpiech, brak czasu. Wszystkich inwigiluje anonimowy obserwator, który dobrze pamięta dawne wartości, piękno rzeczy, których zabiegany tłum nie jest już świadom, nie pamięta i już raczej sobie nie przypomni. Piękne jest to, że tej smutnej historii nie opowiada jedynie Lee, "śpiewa" również gitara... przepięknie śpiewa. Klawisze, syntezatory, efekty perkusyjne tworzą z "Camera Eye" przepiękną monumentalną, zdobioną niesamowitymi ornamentami budowlę, która do dziś stoi nietknięta i jaśnieje z tą samą mocą, z jaką jaśniała 22 lata temu. Przedostatnia opowieść to pełna pretensji skarga "Witch Hunt". Niepokojące dźwięki powoli, bez pośpiechu wyławiają złowrogą melodię, głos Geddy'ego jest tajemniczy, zły, smutny. Słychać dzwonki, rozgniewany tłum... To samozwańczy sędziowie gromadzą się by napiętnować i zniszczyć wszystko co im obce, nieznane, wszystko czego po prostu nie potrafią pojąć. Zaczyna się polowanie na wiedźmy, gitara mruczy złowrogo, syntezator i klawisze budują nastrój zagrożenia. Jest noc, płoną pochodnie, za chwilę spłonie pierwsza czarownica, za chwilę znów zwycięży ignorancja, złość, strach, uprzedzenia, głupota i strach... Geddy Lee rzadko sięga tutaj po swoje góry, kryje się w cieniu izolując się jakby od rozwrzeszczanego tłumu...

Jeśli w poprzednich sześciu utworach elektronika była tylko przyprawą do dania doskonałego, tak w ostatnim "Vital Signs" jest daniem równorzędnym z klasycznym instrumentarium. "Oznaki Życia" to zupełne szaleństwo, tak tekstowe, jak i muzyczne. Swawolny rytm porywa nas do miarowych podrygów, wyzwala w nas oznaki życia, jednak rozwinięcie znów niepokoi...

"Zmęczony umysł tworzy nowe kształty
Każdy potrzebuje łagodnego filtru
Każdy potrzebuje odwrócenia polaryzacji
Każdy ma mieszane uczucia
Na temat funkcji i formy
Każdy musi wznieść się ponad normę".

Pokręcony tekst, pokręcona melodia, frywolność, "arystokratyczne łobuzerstwo" a wszystko to bardzo dalekie od banału, będące najwyższą muzyczną sztuką. O "Vital Signs" niezwykle trudno pisać, to po prostu trzeba usłyszeć, nad tym trzeba się głęboko zastanowić. Opus Magnum płyty? Nawet jeśli nie, to na pewno jeden z moich ulubionych utworów Rush. Tak kończy się ta płyta, tak kończy się siedem magicznych opowieści. Muzyka dobiega końca, jednak nadal pozostaje w naszych głowach. Melodie nie uciekają, treść nadal intryguje, zastanawia, poruszenie nie mija... Absolutne mistrzostwo.

7 cudów świata, czy tak można nazwać "Moving Pictures"? Czemu nie, nobilitacja jak najbardziej zasłużona. 40-sto minutowy orgazm? Jak najbardziej... Radzę się przekonać, wszyscy przecież uwielbiamy szczytować...

BlackHeart

 


[Opinie]    [Strona główna]