Recenzje albumów Rush

Autor: K. (moloseum@xl.wp.pl)

Nadesłano: 11.06.2003


 

Skala ocen:
1-dno
2-okropna
3-zła
4-słaba
5-przeciętna
6-niezła
7-dobra
8-bardzo dobra
9-znakomita
10-rewelacyjna

Rush (5)

To z pewnością najgorsza płyta Rush zaraz obok Presto. Chłopcy byli najwyraźniej pod mocnym wpływem Led Zeppelin, Cream i tym podobnych zespołów. Wyróżniają się dwie kompozycje - Working Man i Before and After, ale i tak nie przemawiają one do mnie. Teksty są raczej denne. Odnoszę wrażenie, że były one tylko po to, by wokalista mógł się popisać swoimi umiejętnościami. Mnie jednak drażni na tej płycie wymuszony śpiew pana Lee. W utworach takich jak Here Again psuje on cały nastrój. Alex widać nie ma się czym popisać. Jego gra jest prosta i zarazem męcząca a jego solówki drażnią mnie bardziej niż wokal Geddy'ego. John Rutsey uderza we właściwych momentach i z wyczuciem (marnie on jednak wypada w porównaniu z Neilem Peartem). Album ten jednak słucham z przyjemnością. Włączam najpierw "Rush" a potem "2112" i zastanawiam się jak to możliwe, że w ciągu lat dwóch ich muzyka i umiejętności zmieniły się nie do poznania.

Fly by Night (6)

Doszedł Neil Peart. No i słyszymy, że jest dużo lepiej. Zmieniły się teksty. Stały się sensowne i ciekawsze. Przykuwa uwagę suita By-tor and the Snow Dog. Epicka opowieść o dobrze i źle. Z pewnością jest to najlepszy utwór na płycie. Mocny, ciekawie zaaranżowany i barwny. F.b.N. różni się od poprzedniego albumu bardziej melodyjnymi i przebojowymi kompozycjami (Fly by Night, Anthem, By-tor and the Snow Dog, Best I Can). Gra Lifesona stała się ciekawsza. Chwytliwe solówki i mniej hałaśliwie zagrane akordy. Również Geddy się poprawił. Gra melodyjniej i ma większy wpływ na dynamikę i rytmikę utworów. Neilowi również należy się pochwała. Znalazło się miejsce nawet na jego solówki (By-tor and the Snow Dog). Na płycie szczególnie wyróżnia się utwór Rivendel zainspirowany powieściami J.R.R. Tolkiena.

Carres of steel (5/6)

Muszę przyznać, że nie lubie tej płyty. Kolesie z Rush chyba się troche zapędzili w poszukiwaniu własnego stylu. Kompozycje są nudne i męczące. Najbardziej drażnią mnie dwa utwory - Lakeside Park (cukierkowa opowiastka ubarwiona delikatnymi dźwiękami gitary i cienkim głosikiem Geddyego, a raczej Geddyego Planta) oraz Fountain of Lamneth - nudna, rozwlekła suita. Jej największymi wadami są chyba zbyt zróżnicowane kompozycje nie mające ze sobą nic wspólnego i zbyt długie przerwy pomiędzu poszczególnymi częściami. Mocnym punktem a Fountain of Lamneth jest pierwsza jej część - In the Valley, dynamiczna, z częstymi zmianami rytmu, co jednak nie psuje dynamiki tego fragmentu. Po jej zakończeniu rozpoczyna się drugi - całkiem niezłe solo na perkusji przerywane ostrymi dźwiękami gitary, potem No One at the Bridge - mroczny, z drażniącym śpiewem wokalisty, następnie melancholijny Panacea a po nim Bacchus Plateau - dynamiczna kompozycja przypominająca brzmieniowo późniejsze dokonania zespołu (podobnie jak Return of the Prince) a suitę zamyka Fountain - prawie kopia In the Valley. Ciekawa w tym utworze jest warstwa tekstowa. Mówi o rozwoju emocjonalnym człowieka począwszy od narodzin (In the Valley) poprzez okres buntu młodzieńczego (Didacts and Narpets) aż po koniec i wielkie rozczarowanie (Fountain). Jeśli chodzi o mini-suitę the Necromancer to chyba jest ona najmocniejszym punktem płyty (szczególnie Return of the Prince). Utwór przypomina bardzo By-tor and the Snowdog. Pojawia się w nim znów postać By-tora. A więc podsumowując C.o.S. to ciekawy eksperyment w działalności Rush. Szkoda, że nie zaowocowała jakimiś ciekawszymi kompozycjami.

2112 (8)

Nareszcie mogę napisać recenzje dobrego albumu. Nie cierpie pisać o kiepskich albumach. 2112 nie jest takim. Jest to jedna z najlepszych moim zdaniem płyt Rush. Szczególnie tytuowa dwudziestominutowa suita robi wrażenie. Ciekawa opowieść osadzona w klimatach science fiction. Rozpoczyna się ona dynamicznym i rozbudowanym prawie instrumentalnym Overture. Jest to (jak sama nazwa na to wskazuje) wprowadzenie. Następnie Temples of Syrnix. Przedstawia ona nam zło jakim są Kapłani ze świątynii Syrnix znajdującej się na jednej z planet Federacji. Potem następuje chwila wytchnienia - spokojny Discovery. Opowiada on nam o głównym bohaterze który znajduje w jaskini gitarę. Zafascynowany jej brzmieniem postanawia podzielić się tym pięknem z innymi mieszkańcami federacji. Niestety kapłani niszczą gitarę w Presentation. Bohater wraca do domu gdzie śni o dawnym świecie ludzi w którym ludzie tworzą własną muzykę płynąca z serca (Oracle: the Dream). Załamanie (Soliloqy) i Grand Finale - ludzie ze snu przybywają i przejmują kontrolę nad federacją. Po wysłuchaniu tego znakomitego utworu z tymi wszystkimi zmianami tempa i nastroju, wymownym tekstem i niezłą grą muzyków, zastanawiam się jak to się stało, że po kiepskich płytach z poprzednich lat powstał tak znakomity utwór. Na płycie jest też pięć również godnych uwagi utworów. A Passage to Bangkok - podróż po świecie w poszukiwaniu narkotyków, Twilight Zone - przenosimy się w inny wymiar gdzie spotykamy postacie rodem z filmów s.f. , nieco spokojniejszy Lessons, Tears - melancholijana ballada z syntezatorami w tle których brzminie dziwnie przypomina melotron z King Crimson (zagrał na nich Huge Syme - autor okładek Rush) i ostry, kończący płytę Something for Nothing. Podsumowując, 2112 jest zbiorem dynamicznych, ciekawie zaaranżowanych kompozycji kyóre nadają płycie tempa. Płyta nie jest męcząca w odbiorze tak jak to było z Caress of Steel. Śpiew Geddyego nie jest uciążliwy. Stał się bardziej wyważony. Wokalista jeżeli trzeba wrzeszczy, co podkreśla wyrazistość suity (Soliloquy, Oracle: the Dream). Znalazły się też spokojne fragmenty w których wykorzystał niską tonację swojego głosu, tworząc spokojny, senny nastrój (Soliloqy, Tears). Osobna pochwała należy się Neilowi, który nadaje płycie charakter wybijając karkołomne rytmy na bębnach (Overture, Oracle: the Dream). Alex gra dużo lepiej. Akordy jak i solówki stały się mocniejsze i zdecydowane.

Hemispheres (8/9)

Cóż mogę powiedzieć na temat tej płyty. Patrząc na nią obiektywnie, to muszę stwierdzić, że jest świetna. Jest to jednak tekst który ma być zamieszczony w rubryce "Opinie Fanów", więc powinienem pisać subiektywne recenzje które pewnie nie zadowolą fanów Rush z lat siedemdziesiątych, gdyż słychając półkul wcale nie rozpływam się w zachwycie. Nie jestem też nią zażenowany. Poprostu drażni mnie momentami gitara Alexa i śpiew Geddeyego, choć jest w tym przypadku bardzo ekspresyjny. Słychać jednak troche Roberta Planta. Najbardziej podoba mi się na płycie rzecz jasna Cygnus X-1.... Moim skromnym zdaniem najlepsza suita Rush. Melodyjna, rozbudowana i jak zwykle ciekawie zaaranżowana i wymowna. Jak zwykle świetny tekst, którego nie ma sensu opowiadać, bo jest to recenzja a nie analiza. Jak już mówiłem, denerwuje mnie Alex. Bardzo nie lubię ściany dźwięku jaką tworzy jego gitara, a jest na tym albumie jej dużo. Chyba aż za dużo... Największe oklaski należą się Geddy'emu jako basiście i Neilowi jako perkusiście. Lee znakomicie spisuje się w swojej roli. Jego pochody basowe, które można uznać za solówki, są świetne. Podobnie jest z Neilem. Dodatkowe instrumenty perkusyjne ubarwiają płytę, nie mówiąc już o jego ekspresyjnej jak zwykle grze. Najbardziej drażni mnie na Półkulach La Villa Strangiato, który został zagrany płasko i nieciekawie. Dzięki Bogu, na Exit ... Stage Left wykonali ten utwór znakomicie. Z życiem i ekspresją. The Trees (również lepszy na Exit...) to też bardzo mocny punkt Hemispheres. Ma on właściwie formę mini-suity. Wstęp z gitarą akustyczną Lifesona, potem ostra część, następnie wszystko się uspokaja, a po czasie płynnie przechodzi w znów hardrockowy fragment. Circumstances to niezwykle duża dawka energii zaserwowana jednak w elegancki sposób. To mógłby być rewelacyjny album gdyby nie te drobne wady.

A Farewell to Kings (8)

Lubie tą płytę z względu na jej melodyjność i ciekawe pomysły. Rozpoczęło się już na poważnie eksperymentowanie i poszukiwanie różnych ciekawych rozwiązań harmonicznych. Doszły dodatkowe instrumenty perkusyjne, takie jak dzwony rurowe, filigranowe cymbałki, itp. przez co muzyka stała się nieco mniej szorstka. Alex zaczął wykorzystywać częściej różne chorusy, itp., co nadało albumowi charakter, sekcja rytmiczna została "podkreślona" syntezatorem basowym. Gitara Geddyego nabrała wyrazistości, jej brzmienie stało się bardziej szorstkie i ostre (Cygnus X-1, Xanadu). Kompozycje są melodyjne i interesujące. Zwraca uwagę mini-suita Cygnus X-1, rozbudowane Xanadu a także barokowy A Farewell to Kings. Ciekawe teksty Neila podwyższają poziom płyty. Osadzone są w klimacie s.f i fantasy (Cygnus X-1, A Farewell to Kings, Cinderella Man). Mówią głównie o ludzkich sprawach, takich jak życie, przyjaźń, dobro, zło. Wyjątkiem jest Cygnus X-1. Utwór, który uważam za najciekawszy na płycie zaraz obok Closer to the Heart. Tekst mówi o podróży do wnętrza czarnej dziury. Ostatni fragment robi chyba największe wrażenie, ponieważ został uzupełniony ekspresyjnym śpiewem Geddyego. Osobna sprawa to Closer to the Heart. Uwielbiam ten utwór. Jest jakiś taki żywy i zagrany z miłością. Największe wrażenie zrobiła na mnie wersja z Exit ... Stage Left. Aż ciarki chodzą po plecach...

Permanent Waves (8)

Bardzo lubię ten album, tak jak zresztą wszystkie albumy z drugiego okresu działaności Rush. Zespół bardzo wydoroślał. Podoba mi się, że Alex posiadł własny styl (choć gra troche monotonnie na P.W.), Geddy zaczął śpiewać spokojniej, aranżacje stały się ciekawsze, chyba przez grę Alexa większą ilość klawiszy i zmiany rytmów, które w tym przypadku nie burzą dynamiki utworów. Najbardziej podoba mi się Jacob's Ladder (gdy usłaszałem "Drabinę..." po raz pierwszy byłem w szoku) i Freewell. Ostatnia suita Rush Natural Science. Ma jak zwykle świetny tekst, jest bogaty w ciekawe melodie, ale nie ma tej siły wyrazu co obydwa Cygnusy i 2112. Mimo to bardzo ją lubie. Są takie momenty, że aż ciary chodzą po plecach. Mimo wszystko muszę przyznać, że Permanent Waves przy Ruchomych Obrazach jest jak Góra Marcina (maleńka górka a raczej wzgórze w Tarnowie [tu mieszkam :( ] ) przy Mount Everest.

Moving Pictures (10)

Co tu wiele mówić. Po prostu dzieło sztuki. Wszystkie najlepsze cechy Rush spotęgowały się na tej genialnej płycie. Nie chodzi tu o wirtuozerskie popisy muzyków. Ruchome Obrazy to prawdziwe artystyczne osiągnięcie. Znalazłem kiedyś w szafce u mojego taty starą białą kasete. Gdy ją włączyłem, popłynęły z głośników dzwięki rozpoczynające Tom Sawyer. Byłem w szoku. Przez cały czas marzyłem później o wysłuchaniu całej płyty. Po paru latach moje marzenia się spełniły i kupiłem sobie piracką kasetę. Trzęsącymi się rękoma włożyłem ją do wieży. Tom Sawyer, Red Barchetta itd. Największe wrzażenie wywarły na mnie The Camera Eye (chyba jeden z najlepszych w dyskografii Rush) i Witch Hunt. Ogromnym sentymentem darzę Vital Signs. Końcowe solo na basie grał często mój tata. Bardzo podoba mi się brzmienie tego albumu. Dobrze też, że Neil przestał pisać teksty o tematyce fantasy. Po M.P. muzycy wydawali płyty nie odbiegające znacznie poziomem od niej aż do Hold You Fire, po którym wszystko się zawaliło...

Exit ... Stage Left (9)

Ten świetny koncert to znakomite ukoronowanie hardrockowego okresu w działalności Rush. Pojawiły się na niej te najważniejsze i najciekawsze utwory, takie jak Closer to the Heart, Jacob's Ladder czy Tom Sawyer. Właściwie chyba wszystkie kawałki są lepsze niż w studyjnych wersjach (nie licząc oczywiście fragmentów z Moving Pictures, których nie da się lepiej zagrać). Niektóre fragmenty rzuciły mnie na kolana. Np. Closer to the Heart, La Villa Strangiato czy The Trees. Studyjne płyty Rush mają jednak to do siebie, że są troche syntetyczne. Na tym koncercie zagrali z życiem i pasją. Psują tą atmosferę jednak wyciszenia pomiędzy utworami i Xanadu, który dzieli płytę na dwie części. Zazwyczaj gdy nadchodzi pora na ten utwór naciskam przycisk "następny utwór". Robię to z bólem serca i wolałbym by Xanadu na Exit... nie było. Wtedy nie musiałbym tego robić... Za okładkę daję punktów 8.

Signals (9)

Zespół zmieniając brzmienie poszedł na całego. Akordy grane przez Alexa zostały zastąpione masą syntezatorowych planów. Śpiew Geddyego urozmaiciło echo dając w połączniu z kibordami senny nastrój, utwory straciły dawną ostrość i surowość. Czy ta radykalna zmiana brzmienia usuwa Signals z grona najlepszych płyt Rush? Może u osób zakochanych w brzmieniu tria z lat 70. tak, ale ja uważam, że to duży plus tego albumu. Szczególnie interesująco zabrzmiał senny efekt w Losing It, Weapon, Subdivision i Countdown, moich ulubionych kompozycji na Signals. Muszę się jednak do czegoś doczepić. Wydaje mi się, że część utworów jest nieco syntetyczna. Bez polotu. Nie wiem. Może to przez tą całą elektronikę, a może mi się tak poprostu wydaje. Oprócz brzmienia urzekły mnie zawiłe linie melodyczne i wyłaniające się z syntezatorowych plam kapitalnie brzmiące solówki Alexa. Słychać, że mieli wtedy pomysły chłopcy Rushowcy. Teksty jak zwykle mocne.

Grace Under Pressure (9)

Grace to zaraz po Moving moja ulubiona płyta Rush. Ognista z mnóstwem ciekawych pomysłów, znakomtą grą muzyków. Słychać na niej ducha Rush. Klimaty są na tej płycie świetne. Red Sector A, Afterimage, Distant Early Warning, Kid Gloves to według mnie najlepsze utwory na longplayu. Bardzo oryginalne, niektóre wręcz awangardowe. Bardzo melodyjne. Nie ma schematyczności. Rush w latach 80. stał się zespołem nieprzewidywalnym. Słuchając utworów z Grace, Signals czy Power Windows nie jesteśmy pewni co się stanie. Czy usłyszymy nagły wybuch syntezatorów, po czym muzycy zaczną grać szalenie skomplikowane harmonijnie solówki? Czy też Alex rozpocznie popis na swojej gitarze, który zostanie nieoczekiwanie wyciszony tworząc zakończenie utworu? Studyjne płyty tria z lat 70. miały to do siebie, że były bardzo oczywiste. Wiadomo było jaki dzwięk zaraz usłyszymy. Nudziło mnie to czasami. Niewatpliwą wadą pierwszego i drugiego okresu w działalności Rush (nie licząc oczywiście Moving Pictures) jest gitara Alexa. Od debiutu do Hemispheres grał bez własnego stylu i tworzył ścianę dźwięku, której bardzo nie lubię. Na Permanent Waves posiadł wreszcie własny styl, ale grał bardzo monotonie. Na Grace Under Pressure zagrał znakomicie. Nie jest go tu za dużo, a niektóre solówki są wrecz ekspresyjne. Okładka? Piękna. Liternicto świetne.
Ktoś kiedyś powiedział - Grace Under Pressure - przepiękna prog-metalowa płyta. Absolutnie się z tym zgadzam!

Grace Under Pressure Tour (9)

Kupiłem kilka miesiecy temu piracką kasetę (audio) firmowaną nazwą Currently in Vogue. Jest to zapis z koncertu wydanego na VHS "Grace Under Pressure Tour". Po wysłuchaniu go kilka razy mogłem śmiało stwierdzić, że jest zdecydowanie lepszy od poprzedniego (Exit...Stage Left). Żadnych wyciszeń, wszystkie utwory zostały zagrane o wiele bardziej żywiołowo. Niektóre zostały poszerzone o dodatkowe fragmenty, których nie ma w wersjach studyjnych - The Weapon rozpoczyna się mrocznym monologiem prawdopodobnie jakiegoś wampira z kreskówek Warner Bros, Witch Hunt kończy solo Alexa, Distant Early Warning zaczyna się mrocznym syntezatorowym wstępem, a Closer to the Heart został poszerzony o dodatkowy, kończący utwór improwizowany fragment. Największe wrażenie robi pierwszy prawie 10-minutowy medley, Red Sector A i wspomniane wcześniej Distant... i Closer.... W grze Neila nie ma tej szaleńczej perfekcji co na Exit... (i bardzo dobrze, brakowało w niej polotu), a śpiew Geddy'ego nie jest już tak syntetyczny i chłodny. Słychać w nim emocje. Poza tym na poprzednim albumie koncertowym niektóre utwory, takie jak YYZ i Red Barchetta zostały zagrane... zbyt wolno. Brak w nich szaleńczego tempa, które na Grace Tour Jest. Kiepsko wypada New World Man. Ciężko jest wykonać na koncercie te wszystkie połamane rytmy, a poza tym Geddy strasznie zafałszował! Koncert dodatkowo upiększają głośne okrzyki publiki.

Power Windows (9)

Zaledwie rok po wydaniu Grace Under Pressure, Rush nagrał płytę zupełnie niepodobną do niej. Zarówno brzmienie, teksty jaki i klimaty uległy wyraźnej przemianie. Ale w przypadku Rush to nic dziwnego. Jest to płyta raczej pop-rockowa. Jest tu wiele kretyńskich wręcz momentów, takich jak śpiew Geddyego na początku Manhattan Project, chór w Marathon czy przebojowy motyw syntezatora w Emotion Detector. Utwory na płycie nie są jakoś specjialnie oryginalne. Najbardziej wyróżnia się Territories. Poziom utworów jest wyrównany. Znakomicie zagrał Geddy. W kawałkach takich jak Big Money wymiata tak, że szok. Świetnie zabrzmiały gitarowe wstawki Alexa. Brak na tej płycie długich tasiemcówek (+). Solówki są krótkie i treściwe. Mniej jest na płycie wyraźnych zmian tempa, przez co utwory zyskały na dynamice i przebojowości. Neil gra raczej prosto (jak na Neila oczywiście). Kawałki oparte są raczej na mniej skomplikowanym rytmie. Najbardziej spodobał mi się utwór Manhattan Project z raczej nietypowym śpiewem Geddyego. Wspomniany wczesniej Territories mógł wyznaczyć kierunek, w którym zespół poszedłby na następnej płycie. Niestety, tak się nie stało i muzycy nieco pobłądzili na Hold Your Fire. Okładka jak zwykle kojarzy mi się z muzyką zawartą na albumie.
 

Autor recenzji oczekuje na komentarze pod adresem moloseum@xl.wp.pl.


[Opinie]    [Strona główna]