Recenzja Exit... Stage Left DVD

Autor: Euzebiusz Jaśkiewicz

Nadesłano: 9.05.2003


 

Rok 1981. Album koncertowy zamykający drugi etap w działalności trio z Toronto i pierwsze oficjalnie wydane video.

Przy dźwiękach The Camera Eye widz wprowadzany jest powoli w atmosferę koncertu. Widzimy ekipę rozstawiającą sprzęt, w tle słyszymy wypowiedzi muzyków (nie potrafię rozpoznać, który z nich mówi), widownia wypełnia się po brzegi. Zapowiada się coś niesamowitego...

Zaczęło się! Na pierwszy ogień - Limelight. Utwór zagrany bezbłędnie z perfekcją typową dla Rush. Nie ma improwizacji, nie ma zmiany solówek. Alex perfekcyjnie odgrywa nuty, które wszyscy znamy z wersji studyjnej. Neil bez wysiłku odgrywa karkołomne rytmy otoczony niezwykle rozbudowanym zestawem perkusyjnym, w którym nie zabrakło również dzwonów rurowych, Geddy nie bez emocji wyśpiewuje swoje frazy. Po zakończonym utworze znowu możemy posłuchać wypowiedzi któregoś z Rush'manów. Tak będzie do końca koncertu.

Tom Sawyer. Pierwszy riff ilustrowany jest nieco archaiczną grafiką, która przypomina nam, że minęło już ponad 20 lat od czasu, kiedy zarejestrowano ten koncert. Niesamowite wrażenie robi na mnie Alex, grający na gitarze i obsługujący równocześnie nożny syntezator basowy. Po zakończonym utworze publiczność szaleje. Na jednym z transparentów widnieje napis "RUSH - THE BEST GROUP IN THE GALAXY". Trudno zaprzeczyć.

Bron's Bane. Geddy zapowiada: "Ladies And Gentelmen - Mr Alex Lifeson On The Classical Guitar". Początek The Trees. Moja ulubiona suita (Brons Bane/The Trees/Xanadu). Tutaj bohaterem jest Neil Peart. Widzimy go grającego na "drewniakach", dzwoneczkach i innych przeszkadzajkach. Facet wie, co robi. Geddy śpiewa i równocześnie gra zawiłe linie basu z taką łatwością, jakby to były podstawowe gamy dla pierwszoroczniaków ogniska muzycznego w Koziej Wólce. Alex robi swoje. Solo powtórzył idealnie. Nie zmieniając niczego. Zaczyna się Xanadu (niestety nie obeszło się bez komentarza, to jednak psuje klimat). Archaiczna grafika i już pojawił się Lifeson, który Fendera Stratocastera wymienił na dwugryfowego Gibsona (sześć i dwanaście strun) - introdukcja z wykorzystaniem pedału głośności. I niezmordowany Peart z delikatnymi dzwoneczkami i majestatycznymi dzwonami rurowymi. Scena pokryta dymem. Dynamiczne unissono gitary i basu. Rewelacja! Geddy Lee gra na dwugryfowym instrumencie - "gitara i bas" w jednym. Ktoś kiedyś napisał, że Xanadu nie powinno się znaleźć na Exit... Stage Left, bo jest za bardzo rozlazłe. Dla mnie Exit... Stage Left bez Xanadu nie mogłoby istnieć! Tu naprawdę dużo się dzieje. W tym utworze widać, co ci ludzie potrafią wykrzesać ze swoich instrumentów. Miło jest słuchać tego głosu wyśpiewującego poetyckie frazy, miło jest patrzeć, z jaką swobodą obsługują po dwa instrumenty równocześnie. Dla mnie rewelacja. Finałowe solo i już dowiadujemy się, dlaczego Geddy ma dwugryfowy instrument.

Flażolety na gitarze, solo na basie i odrobina starodawnej komputerowej animacji. To Red Barchetta. Opowieść o czerwonym samochodzie przeplatana komputerowymi wstawkami:

Wind
In my hair
Shifting and drifting
Mechanical music
Adrenalin surge (...)

Z nostalgią spoglądam na animację rodem z Atari 800XL i ogarnia mnie tęsknota za tamtymi kompozycjami. To był dobry czas dla rozbudowanych form muzycznych... I już słychać flażolety i finałowe solo basu... Oklaski, tęsknota za tym, co minęło bezpowrotnie.

Freewill. O kunszcie muzyków nie ma sensu się rozpisywać. Wiadomo kto gra. Muszę jednak wspomnieć o Lifesonie. Solo, w którym szybkie zagrywki przeplatane są dynamicznie granymi akordami, nie tylko świetnie brzmi, ale również efektownie wygląda.

Zrobiło się ciemno. Na widowni mnóstwo światełek (zapalone zapalniczki). Dźwięk akustycznej gitary OVATION. Dziś wiadomo, że to już sztandarowy numer - Closer To The Heart. I jeśli mam wybierać, to tę wersję lubię najbardziej. Nie została wydłużona tak jak na A Show Of Hands, ale zagrana równie żywiołowo.

Czas na przerywnik. W tle YYZ, słuchamy wypowiedzi całej trójki. A na ekranie widać wplecione urywki koncertu.

Retrospekcja. By-Tor & The Snow Dog. Perfekcja, ale również odrobina zabawy. Geddy i Alex lubią się wygłupiać grając swoje "klasyki". Jakość utworów na tym nie ucierpiała. Nie obeszło się bez archaicznych, animowanych wstawek przedstawiających walkę dobra ze złem, która kończy się wraz z pierwszymi dźwiękami In The End, które po pierwszej zwrotce przechodzi w In The Mood. Opentańcze solo na gitarze. Neil przyozdobił ten utwór swoimi "smaczkami" (Rutsey nie miał takiej wyobraźni i techniki). Po solówce Lifesona przenosimy się w rok 2112 i słyszymy The Grand Finale:

Attention all Planets of the Solar Federation
Attention all Planets of the Solar Federation
Attention all Planets of the Solar Federation
We have assumed control
We have assumed control
We have assumed control

Migają reflektory, ostatnie dźwięki, sprzężenie zwrotne gitary Lifeson'a i na ekranie pozostaje jedynie olbrzymia czerwona gwiazda znana z okładki 2112. Wielki finał Rush'owskiego przedstawienia. "Thank You Very Much! Good Night!" - Geddy Lee pożegnał publiczność. Pozostali muzycy ukłonami żegnają się z widownią i schodzą ze sceny. Jeszcze tylko kilka słów w tle i YYZ z napisami końcowymi.

Podsumowanie

Nie jest to widowisko w stylu A Show Of Hands. Efekty świetlne typowe dla tamtego okresu (jeśli ktoś widział The Song Remains The Same - Led Zeppelin, to wie o co chodzi). Czasami trochę za ciemno by widzieć muzyków. Nie wszystkie ujęcia są trafione. Być może dlatego muzycy Rush wycofali ten koncert z dystrybucji. Uważam jednak, że niesłusznie, bo w tej archaicznej oprawie ukryta jest niepowtarzalna magia. I mimo braku laserowych efektów i fantastycznych świateł oglądałem ten koncert dziesiątki razy i nadal chętnie po niego sięgam.

Euzebiusz "Zeb" Jaśkiewicz

P.S. Jedyne co mi się nie podoba, to wplecione wypowiedzi muzyków. Niestety, nie był to najszczęśliwszy pomysł.

 


[Opinie]    [Strona główna]