VAPOR TRAILS - Recenzja

Autor: Mariusz Bieniek

Nadesłano: 11.07.2002


 

VAPOR TRAILS

Ocena: 4,5 (na 5)

Powiem szczerze: jestem tą płytą naprawdę zaskoczony. In plus, oczywiście. No tylko pomyślcie. Trzech facetów koło pięćdziesiątki, a grają jakby dopiero co zaczynali karierę. Z taką energią i czadem nie grali chyba jeszcze nigdy. Myślałem, że ta płyta będzie tak jak "Test for Echo" kolejną wersją "Counterparts". A nie jest. Dalej, Neil stracił w ostatnich latach córkę i żonę. Wyobrażacie to sobie, bo ja nie... A ten gra jak natchniony, i pisze znakomite teksty, w których nie ma śladu smucenia, ani rozdrapywania ran, co byłoby zrozumiałe po takich przejściach. Zaskoczenie także w warstwie muzycznej, a właściwie instrumentalnej: ZERO syntezatorów!!! Efekt? Znakomity, bo Rush to mistrzowie aranżacji. Zamiast syntezatorowego sosu mamy zapierające dech równoległe partie gitar i wokalne popisy Geddy'ego. Ani przez chwilę nie ma wrażenia, że czegoś tu brak.

No dobrze przejdźmy do szczegółów. Najpierw "One Little Victory". Początek trochę jak "Animate", ale po niej basowo-gitarowa kaskada. Tak jakby chcieli od razu nam powiedzieć: Uważaj, wracamy i to w wielkim stylu!!! Później za ciosem "Ceiling Unlimited" - sufit bez granic, świat tak szeroki. Warto posłuchać dokładnie, co wyprawia Geddy na basie. To jest po prostu potwierdzenie jego klasy instrumentalnej. Dalej jeden z moich faworytów na tej płycie: "Ghost Rider" - w moim odczuciu utwór o radzeniu sobie z cierpieniem. A po niej niestety tempo nieco siada. Aż do "Secret Touch", który kojarzy mi się z Led Zeppelin z okresu Physical Grafitti, a co za tym idzie budzi wypieki na twarzy. To co się dzieje później na tej płycie wymyka się wszelkim próbom klasyfikacji i opisu. Earthshine, Freeze i mój ulubiony fragment tej płyty Nocturne z pewno cią wejdą do kanonu Rushowej muzyki, tak jak zrobiły to już 2112, La Villa Strangiato, czy Tom Sawyer i Limelight i wiele innych. To są utwory doskonałe aż do ostatniego dźwięku. Za to właśnie ich kochamy, nieprawdaż? Płytę kończy "Out of the Craddle" z optymistycznym zakończeniem: "...endlessly rocking...".

Na koniec kilka uwag ogólnych. Geddy jest w formie wyjątkowej. I jako wokalista, i jako basista. Po prostu dwoi się i troi, a pomysły ma znakomite. W zasadzie to samo dotyczy Neila. Małym zaskoczeniem (kolejnym) jest natomiast praktycznie brak solówek Alexa. Co nie znaczy że jest on nieobecny. Wręcz przeciwnie. To jego gitary zajęły miejsce używanych dotąd syntezatorów i to ze znakomitym skutkiem. Pamiętajmy, że to właśnie Alex wpadł na pomysł nagrania płyty bez "parapetów". Chwała mu za to. Bo wyszła z tego płyta znakomita porównywalna Moving Pictures, Counterparts, które uważam za najlepsze w ich dyskografii. Pozostaje tylko czekać na koncerty Rush w Polsce, albo chociaż w Niemczech :-).

 


[Opinie]    [Strona główna]