RUSH

Autor: Jan Szkaradziński

"Non Stop", nr 11/88 (str. 7-9) i 12/88 (str. 12-13)


 

Bronimy się rękami i nogami przed drukowaniem stories - molochów, bo to i miejsce zajmuje, i nudne bywa czasami. Ale tym razem nie mamy wyjścia - poniższa kobyła jest rezultatem szantażu licznego grona Czytelników wespół z jednym z redakcyjnych nawiedzeńców.

Będzie na dwa numery.

Nasz adres znacie...

NS

 


Tej grupie nasi żurnaliści jakoś nie poświęcają wiele uwagi... Dziwne to i niesprawiedliwe, bo choć nie siedzi ona bez przerwy na topie i nie decyduje o losach rocka, jest wielka i zasłużona. Doszło do tego, że jej licznym fanom kiszki marsza grają z powodu głodu informacji o swoich idolach. A jest to marsz szczególny - z połamanymi rytmami, zmiennym tempem, solówkami gitary na tle syntezatorowego tła, czasem jawiący się jako kilkuminutowy przebój, czasem podany w formie kilkunastominutowej suity, wysokim głosem wokalisty niosący słowa z okolic science fiction. Niniejsze wypracowanie ma zadanie nakarmić głodnych i dowieść, że częste obcowanie z jego bohaterami warte jest wielu wyrzeczeń (np. Metaliici...). Piękne panie, mili panowie - przed Wami zespół

RUSH

 

MUZYCY

W Rush jest ich trzech, bo Rush to "trzyosobowe trio". Wymieńmy ich nazwiska - Geddy Lee, Alex Lifeson, Neil Peart. Poprzednikiem Pearta był John Rutsey, który odszedł "ze względu na zły stan zdrowia" i różnice poglądów na temat dalszej drogi kapeli. Tak więc najlepszy zespół w historii Kanady to Lee, Lifeson i Peart, o których bardzo trudno powiedzieć, że grają oszczędnie...

Frontmanem jest Lee - chudy facet z nosem czasem porównywanym do Mount Logan. Spod tego nochala wydobywają się cudne dźwięki. Geddy ma czysty, wysoki, "jasnozielony" głos kwalifikujący go do licznej rodziny "Plantowatych". Dobrze sobie daje radę ze spokojnymi balladami, ale woli utwory dynamiczne. Jednak gdzieś od 1982 roku stara się śpiewać bardziej... statecznie. Generalnie byłem zmęczony "piszczeniem" i chciałem wykorzystać wszystkie swoje możliwości wokalne. Lubię mój głos w niskim rejestrze - opowiada. Ale Lee to nie tylko wokalista, to także instrumentalista, taki mały człowiek - orkiestra. Gra na gitarze basowej i keyboardach. a czasem i na drugiej gitarze, choć... Jestem basistą - ciągnie - a nie klawiszowcem. Na klawiaturach gram tylko dlatego, że jest to potrzebne zespołowi. Kocham przede wszystkim bas.

Geddy jest kapitalnym wokalistą i dobrym, ekspresyjnym basistą (są sola!); na instr. klaw. gra co najwyżej poprawnie. Nie ucieka się do efektownych solówek, przede wszystkim dba o tło i nastrój. Jednak nie on decyduje o tym, że Rush nieodparcie kojarzy się z perfekcyjnym, nasyconym, ozdobnikami graniem. I gitarzysta Lifeson, i perkusista Peart to absolutna czołówka światowa w swoich kategoriach. Alex dysponuje niesamowitą techniką, lecz bardzo rzadko demonstruje ją na zasadzie sztuki dla sztuki. Niczym pająk tka swą sieć złożoną z dźwięków wielu gitar. Jeśli gra szybko, to znaczy, że tak trzeba; jeśli wolno - sytuacja jest analogiczna. Energią, z jaką przebiera palcami po gryfie, dorównuje tuzom gitary heavymetalowej, ale w przeciwieństwie do większości z nich gra także wyobraźnią i inteligencją. Rozliczne "bajery" (często używa chorusa) ułatwiały mu krycie dźwiękiem pustych miejsc. Najwięcej radości - mówi on - sprawia mi sytuacja, kiedy mogę swobodnie konstruować swoją gitarową historyjkę. Najlepsze rzeczy wychodzą z tego, co jest spontaniczne. Jeśli zbyt długo nad czymś pracuję, wówczas opuszcza mnie uczucie i natchnienie. Do każdego utworu nagrywam od pięciu do ośmiu solówek, które później są przesłuchiwane przez cały zespół. Wtedy zapada decyzja co do wyboru. Gitarowymi faworytami Lifesona są Holdsworth, Page, Beck, Clapton, Hendrix, Howe i Hackett.

Niesamowitą techniką dysponuje również Peart, ale o tym nawet szkoda pisać - Neil jest prawdziwym wirtuozem bębnów i basta! Warto tylko zwrócić uwagę na jego częste wykorzystywanie podwójnego bębna taktowego i rozmaitych "przeszkadzajek". Sporo perkusistów marzy, by z równym powodzeniem i wyobraźnią co drummer Rush stosować różne dzwonki, gongi i trójkąty... Sam Peart wśród muzyków, którzy wywarli na nim największy wpływ, wymienia Moona, Bruforda i Bonhama.

Warto dodać, że jeszcze przed przyłączeniem się do Rush jego karierę pod znakiem zapytania postawiła kontuzja ręki.

Lifesona i Pearta łączy nie tylko niebywała technika - z tzw. dobrze poinformowanych źródeł wiem, że obaj są potomkami jugosłowiańskich emigrantów, tyle że urodzonymi już w Kanadzie (Alex Lifeson to "oryginalnie" Aleksa Životić, Neil Peart - Nikola Pertović). Podobno obaj nie do końca chętnie się do tego przyznają... A skoro zahaczyliśmy o sprawy prywatne członków tria, to warto dodać, że wszyscy są żonaci i dzieciaci, że wszyscy uprawiają sport. Lifeson: Wiele lat temu zrobiłem licencję pilota i kiedy mamy jakąś przerwę, lubię sobie polatać. Niedawno zacząłem uprawiać również nurkowanie. (...) Geddy i ja gramy także sporo w tenisa - jest tam możliwość wyładowania energii i frustracji. Po prostu wychodzimy na kort i palimy wszystko co w nas narosło - no i oczywiście mamy przy tym również sporo zabawy. Z kolei Neil jest zapalonym kolarzem - na swoim koncie ma m.in. kilkutygodniową rowerową wycieczkę po Chinach, efektem której jest "Tai Shan" (tak, i u Rush niekiedy pojawiają się orientalizmy).

Zdarza się, że kanadyjska grupa korzysta z usług muzyków zaproszonych. Wymieńmy Bena Minka (którego elektryczne skrzypce wręcz decydują o uroku "Losing It") i Aimes Mann z formacji Til Tuesday (której głos jakże urozmaica "Time Stand Still"). Jednak zaangażowanie Mann nie od razu tkwiło w planach orkiestry Lifesona. Najpierw zapraszała ona Cyndi Lauper, później Chrissie Hynde, lecz obie nie miały czasu.

 

MUZYKA

Najczęściej wspólnie tworzą ją Lee i Lifeson. Zdarza się, że wspomaga ich Peart, czasem skomponują coś solo Lifeson czy Lee, czasem Lee i Peart w duecie. Alex: Niekiedy osobno pracujemy we własnych domach, ale to zdarza się rzadko. Wolimy tworzyć wspólnie - tak, że pomysły są świeże. Jednak ta faza przed naszym spotkaniem jest dla mnie dość twórcza, gdyż w chałupie mam małe studio i mogę w nim szlifować własne pomysły. Pracuję głównie nad dźwiękiem i brzmieniem. Geddy robi podobnie, z tym tylko, że dodatkowo nagrywa każdą próbę i wyciąga z niej te najciekawsze kawałki. I dalej: Czasami mamy fragment muzyki, którym jesteśmy podnieceni, a Neil wejdzie i powie: "Przecież to takie zbyt zwyczajne". Wtedy wycofujemy się i szukamy nowych, innych dróg, dopóki nie osiągniemy punktu, w którym wszyscy będziemy zadowoleni. To jest od początku do końca wysiłek całego zespołu. Dopiero potem biorą instrumenty i nadają utworom właściwy, ostateczny kształt.

Jaki styl uprawia Rush? Chyba najlepiej Umieścić grupę w pojemnej szufladzie z napisem "uszlachetniony hard rock", ale to przecież nie do końca przekonywający zabieg... Lee: Zawsze nazywaliśmy siebie grupą hard rockową, nawet wtedy, kiedy heavy metal dopiero się wykluwał. To wydawało się najbardziej przystające do tego, co robiliśmy. Ale zawsze ciężko nas było zakwalifikować do jakiejś kategorii, a ludzie tak to lubią robić. Jesteśmy progresywną grupą hard rockową - ot co.

Można powiedzieć, że Rush tkwi w widełkach, które tworzą stylistyki Led Zeppelin i Yes - grup, które najwięcej dokonały w muzyce rockowej. Ma to i dobrą, i złą stronę. Z dobrej zapewnia Kanadyjczykom niebywały komfort artystyczny, zaś ze złej - jakby uniemożliwia poszukiwania na naprawdę wielką skalę. I Led Zep, i Yes popychały rocka naprzód, czego orkiestra Lee nie robiła, nie robi i robić chyba nie będzie. To jest największą wadą tego tria i - dodajmy - z poważnych wad chyba jedyną. O pewnych związkach z Led Zeppelin i Yes była już wcześniej mowa (będzie i później), zaś teraz zasygnalizujemy wpływ kapel Page'a i Andersona na Rush troszkę dokładniej. Kanadyjczycy niemal zżynali z Zeppelina w początkach swej kariery (nazywano ich "brzydkim LZ"). Podobna konwencja, podobne rozwiązania partii gitar, o głosie wokalisty nie zapominając... Zresztą głos Geddy'ego może także przypominać sound Andersona. Z Yes kojarzą się również dość skomplikowane struktury harmoniczno-rytmiczne, utwory o poszarpanej "linii brzegowej", wielkość ozdobników, niesamowity warsztat, takie podejście do swojej sztuki "na kolanach"... Paralele z poprzedniego zdania najbardziej dotyczą działalności zespołu Pearta z lat 1975-1981, ale przyznam się, że kiedy po raz pierwszy (bez zapowiedzi) usłyszałem "Owner Of A Lonely Heart", to przez circa minutę myślałem, że to nowy numer trójki L-L-P... Nasze trio ryzykownie, choć nie bez racji, porównuje się także do The Police, mając na myśli zwłaszcza ostatnie lata działalności rodaków Wayne'a Gretzky'ego. W końcu tu trzech i tam trzech, tu (skromne, ale są) i tam struktury reggae, tu i tam genialni perkusiści, gitarzyści, wokaliści... Oczywiście to nie Rushowcy podrzucili pewne pomysły Policjantom... Rush nie jest specjalnie odkrywczy, nie ma legionów naśladowców (których liczba ostatecznie potwierdza miejsce na szczycie Olimpu danego "podmiotu wykonawczego"), ale w tym co robi, czuje się bosko.

Artystyczną drogę naszych herosów łatwo podzielić na trzy części. Najpierw - jako się rzekło - trzymali się blisko muzyki Led Zeppelin, a tym samym takich orkiestr, jak Black Sabbath, UFO czy Budgie, grając z łoskotem Niagary. Jednakże już wtedy zaczynali wypracowywać własną odrębność. Wydaje się, że spowodowana ona była m.in. tym, iż - w porównaniu do ich "sąsiadów" - w muzyce Kanadyjczyków mniej było bluesa, który pochodzi z delty Missisipi. Trzy czwarte żartem, ćwierć serio - u podstaw Rush legł specyficzny blues z okolic źródeł rzeki św. Wawrzyńca. Trzeba zaznaczyć, że sporo wczesnych nagrań Alexa i jego kolegów już naruszył ząb czasu.

Większość kapel z zakreślonego wyżej kręgu po opuszczeniu poczciwego hard rocka z reguły przenosi się w rejony bliższe heavy metalowi. Peart, Lee i Lifeson wybrali trudniejszą, jakże efektowną drogę artystyczną. Cóż, epigonów Zeppelina przewyższali techniką, inteligencją, wyobraźnią. Stopniowo wprowadzili keyboardy i dopiero zaczęło się. Ten niepowtarzalny klimat, te połamane rytmy, te charakterystyczne, precyzyjne co do ułamka sekundy "breaki"! Od 1977 roku ich muzyka stała się bardziej klarowna i "czysta", zaczęto ją porównywać z misternie wykonaną biżuterią. Już wcześniej pojawiały się symptomy nowej stylistyki (efektowne "A Passage To Bangkok"), już wcześniej zespół grał suity długie niemal jak Mackenzie (np. "The Fountain Of Lamneth" i "2112", ale tu mała przejrzystość konstrukcyjna, porównajmy je pod tym względem z "Close To The Edge" Yes, to dostrzeżemy różnice), ale właśnie przebojowe - choć nie w najbardzie potocznym tego pojęcia rozumieniu - tematy oparte na niezwykłych pomysłach melodycznych i przedstawione z niezwykłą pomysłowością (np. "Closer To The Heart", "A Farewell To Kings", "The Spirit Of Radio", "Tom Sawyer", "Limelight"), sąsiadujące z pokręconymi ale klarownymi suitami ("Xanadu", "Cygnus X-1", "Hemispheres", instrumentalne "La Villa Strangiato"), wyznaczały ten etap działalności Rush. Cztery bardzo ważne dopiski. Po pierwsze - swą najwspanialszą suitę zespół zaserwował na drugim albumie koncertowym, w jedną całość łącząc instrumental "Broon's Bane" oraz "The Trees" i "Xanadu". Po drugie - przedstawiał utwory mieszczące się między tymi kategoriami ("The Camera Eye" z tylko dwukrotnie "przemykającym" delikatnym, absolutnie prześlicznym zasadniczym motywem melodycznym, co trochę przypomina zachowanie niektórych kobiet udających, iż nie mają pojęcia o swojej atrakcyjności). Po trzecie - nie odszedł od ostrego rocka (np. "Freewill"). I po czwarte - nie ulega żadnej wątpliwości, że właśnie drugi okres działalności Rush należy ocenić najwyżej.

Od 1982 roku Lifeson. Lee i Peart pokazują swoje kolejne wcielenie, choć i wcześniej dało się zauważyć, że "idzie nowe". Utwory ludzi spod znaku klonowego liści stały się bardziej zwarte, "piosenkowe" i "na czasie", artyści zrezygnowali z karkołomnych popisów instrumentalnych, na rzecz elektroniki (w tym i elektronicznej perkusji!) zaczęła tracić swe znaczenie przaśna gitara. Grupa nadal nagrywała perły ("Subdivisions", "The Analog Kid", "Losing It". "Afterimage", "Marathon") ale to już nie było TO.

Tak się złożyło, że oba koncertowe albumy zamykały poszczególne etapy działalności Rush W chwili gdy piszę niniejsze wypracowanie, szepce się o kolejnym zestawie nagrań live naszych bohaterów. Czyżby zapowiadało to nowe prądy w ich muzyce? Oby już tylko na amen nie wpadli w ramiona elektroniki...

 

TEKSTY

Rzadko pisze je Lee, jeszcze rzadziej macha piórem Lifeson, bowiem teksty Rush to domena Pearta (okazjonalnie współpracuje on z Pye Dubois i niejakim Talbotem, którego imienia nie ustaliłem). Neil pisze na podstawie przeżyć własnych i dzieł literackich, które konsumuje w sporych ilościach. Wiele moich wczesnych prac - mówi - to czysty eskapizm i w tamtym czasie to było właściwe. Byliśmy nastolatkami z przedmieścia i potrzebowaliśmy czegoś w rodzaju ucieczki. Miałem kręćka na punkcie science fiction i choć dziś śmieję się ze swojej naiwności, to wcale jej nie wyszydzam. W większości mało przejrzyste, bombastyczne wiersze Pearta - swoista mieszanina science-fiction, moralizatorstwa, psychologii, mitologii, fantazji i filozofii - mogły kojarzyć się z librettami wielu utworów Yes czy Genesis. Teksty Neila - włącza się Lifeson - są trudne do interpretacji. Dyskutujemy z nim na ich temat i staramy się je zrozumieć, bo w końcu razem tworzymy zespół i musimy wiedzieć o czym śpiewamy!! Ale wydaje mi się, że jego wiersze stają się coraz prostsze. Istotnie. Wczesne lata osiemdziesiąte - to znowu Peart - to nie był dobry czas. Wielu moich przyjaciół nie pracowało, wielu miało zdrowotne i małżeńskie kłopoty (Wielu naszych też - NS). Byłem tym poruszony. Chyba dlatego zaczął pisać bardziej przejrzyście i osobiście. Gitarzysta Rush podkreśla, że teksty Neila należy traktować jako głos całej grupy. Nasze teksty - powiada Alex - dotyczą tylko tego, jak my odczuwamy pewne rzeczy. Po prostu obserwujemy wiele spraw, które dzieją się wokół nas, a nie głosimy kazań, nie próbujemy czegoś zmienić. Neil: Słowa są nieskończonym polem zabaw (...). To tak jak technika gry na perkusji.

A teraz zobaczmy na konkretnych przykładach o czym pisze Peart i o czym śpiewa Lee.

"By - Tor And The Snow Dog" - epicka opowieść o walce dobra ze złem.

"Bastille Day" - wieczna pieśń uciskanego, dyszącego zemstą ludu, na którym spoczywa cień okrwawionej gilotyny (pojawiają się autentyczne słowa Marii Antoniny).

"The Fountain Of Lamneth" - jakby alegoryczne koleje ludzkiego życia (narodziny młodość - nadzieja - walka - porażka samotność - alkohol - nadzieja - walka a jednak dobrze, że jestem).

"2112" - oparta na motywach powieści Ayn Rand historyjka z roku 2112, traktująca o nie znającym muzyki społeczeństwie rządzonym przez pseudoreligijnych dyktatorów (bohater odkrywa archaiczną gitarę, ale jego zwierzchnicy dochodzą do wniosku, że muzyka nie jest logiczna i niszczą instrument)..

"A Passage To Bangkok" - podróż po różnych częściach świata, z tym tylko, że kojarzą się one z narkotykami...

"A Farewell To Kings" - gdy nasze czasy będą już przeszłością, po nas pozostaną kłamstwo i nienawiść odziane w królewskie szaty.

"Cygnus X-1" - opowieść science fiction, w finale której pilot statku Rocinante pogrąża się w "Czarną Otchłań" (zapowiedź, że ciąg dalszy nastąpi).

"Hemispheres" - ciąg dalszy następuje, bohater jest w świecie rządzonym przez walczących o ostateczną władzę Apolla i Dionizosa, a potem wskazując na nieporządek wywołany tą walką zostaje obwołany bogiem.

"The Trees" - opowieść o tym, co stałoby się z drzewami, gdyby zaczęły się zachowywać jak ludzie.

"The Spirit Of Radio" - lubimy wierzyć w to, że jedynym kryterium nadawanych programów jest ich wartość artystyczna, ale w rzeczywistości korzyść i zysk rządzą studiami i salami koncertowymi.

"Freewill" - pesymistyczny tekst nasycony przeświadczeniem, że o naszym losie decydują ślepa fortuna i cechy wpisane w geny.

"Red Barchetta" - narrator co tydzień odwiedza swego siwowłosego wuja i jego starym samochodem odbywa przejażdżki po cudownej, nietkniętej cywilizacją krainie, gdzie wygrywa wyścig z "konkurentami szybkości".

"Limelight" - życie w światłach reflektorów to powszechne marzenia, a w rzeczywistości rola bardzo trudna dla tych, którzy myślą i czują (choć jest tu skarga na utratę prywatności, to chyba nie mamy do czynienia z cennikiem rozterek idola. bo nacisk położony na prawdziwą relację między aktorem a widzem).

"The Camera Eye" - obraz kroczących równym tempem, niewrażliwych na uroki natury nowojorczyków zestawiony z obrazem deszczowego, historycznego, mimo cech podobnych do NY jakże odmiennego Londynu.

"Witch Hunt" - pręgierz, tłum nocą na oświetlonym pochodniami wzgórzu, nienawiść - zła wola - zabobon - kłamstwo - ciemnota w walce ze sztuką i obrzędami.

"Subdivisions" - świat jest przystosowany do sztywnych norm i stereotypów, marzyciele i indywidualiści czują się w nim jak schwytani w pułapkę.

"New World Man" - analiza słabości i siły, szlachetnych dążeń i barier ich realizacji w życiu współczesnego człowieka.

"Afiterimage" - wiersz poświęcony przyjacielowi, który zginął w wypadku samochodowym.

"Red Sector A" - przerażający obraz życia w więzieniu.

"The Enemy Within" - tekst o zagrożeniu, jakim dla słabego człowieka jest zbyt "wrażliwo-wybujała" psychika.

"The Big Money" - tekst związany ze złym i dobrym wpływem potęgi pieniądza.

"Turn The Page" - życie to jak odwracanie kartek w książce, a na każdej kartce zapisane jest inne życiowe doświadczenie.

(Nie ma tekstów o "pukaniu", nie ma oszałamiającej kariery - NS z wypiekami)

 

KARIERA

Początki Rush sięgają 1969 roku, kiedy to Geddy Lee i Alex Lifeson, nastolatkowie z przedmieścia Toronto, zaczęli realizować swe artystyczne plany z Johnem Rutsey'em. Potem - typowo - w pubach i szkołach bębnili hity Led Zeppelin, Cream, Hendrixa, Iron Butterfly czy Grand Funk Railroad... Potem za wszelką cenę pragnęli rozszerzyć li tylko lokalną sławę. Potem wreszcie dokonali upragnionych pierwszych nagrań, a potem rozstali się z Rutsey'em, którego zastąpił Neil Peart.

Początki - jak widać - typowe. Rok i miejsce narodzin, odgrywanie standardów, wejście do studia, wymiana słabszego ogniwa, cały czas docieranie się, cały czas marzenia o sławie... Właściwie można by o tym nie pisać, gdyby nie fakt, że... Rush tak właśnie startował. Wyjść z Toronto, wyjść z Ontario, wyjść z Kanady... Powoli, długo, szczebel po szczeblu, z zaciśniętymi zębami, ciężką pracą (trochę truję) i wytrwałością, bo w końcu - bądźmy szczerzy - grających jak oni było bardzo wielu. Dawaliśmy około dwustu koncertów w roku - wspomina Alex - co zabierało nam jakieś dziewięć miesięcy, po czym następowały dwa miesiące pracy w studiu. Ale z wolna przekonywali do siebie publiczność, w tym także Amerykanów.

Przełom nastąpił w 1977 roku i Rush awansował do pierwszej ligi, znajdując sporo fanów także i w Europie. Bardzo w tym pomocny okazał się szlagier "Closer To The Heart", na zasadzie wolnych skojarzeń przypominający późniejsze "Don't Kill The Whale" Yes (podobnie zniewalający klimat, podobna kultura muzyczna, podobna niewymuszona przebojowość, podobna "doskonałość w miniaturze"). Warto doradzić tym, którzy Rush nie znają, a chcą poznać (Janek, teraz ich będą miliony - NS), że "Closer To The Heart" powinno pójść na pierwszy ogień. Ale uwaga, z tym nie ma żartów - jeśli orkiestra Lee chwyci, to już może nie puścić...

Przyszły następne hity ("The Spirit Of Radio", "Tom Sawyer"), które pomogły w sprzedaży wielu tysięcy dużych płyt wielkich Kanadyjczyków. Listy bestselierów, tłumy na koncertach, wznowienia starszych nagrań, spore pieniądze - scenariusz jest znany. Cóż, zmieniła się muzyka, to i zmieniły się warunki działania reżyserów. Oczywiście - patrz widełki Led Zeppelin i Yes - Peart i jego koledzy nie docierali do wszystkich (zarzucano im np. schematyzm, wręcz matematyczną dokładność, a i skromną skalę wokalisty), jednak publiczność spóźniona na złote czasy rocka progresywnego była bardzo zadowolona. W tym miejscu nasuwają się pewne skojarzenia z losami grupy Queen. I ona - choć w mniejszym stopniu niż Rush - startowała z dołka (a może "górki") z napisem "Zeppelin", i ona osiągnęła największe sukcesy artystyczno-komercyjne w momencie, gdy swe produkcje nasączyła cieczą według tylko sobie znanej receptury.

Peart: Niełatwo było przetrwać czasem trudne dla nas dni, ale sukcesy przyszły, bo przyjść musiały. W końcu władowaliśmy w to zbyt wiele pracy i jesteśmy zbyt kompetentnymi muzykami. Sława bardzo nas cieszy, ale jako ludzie wiele się nie zmieniliśmy, gdyż poklask tłumów nie jest najważniejszy. Mimo wszystko z rozrzewnieniem wspominam chwile, gdy nie układało się nam zbyt różowo.

Rush z ostatnich lat to już zespół znany i uznany, w pewnym sensie korzystający ze swego blasku z przełomu poprzedniej i bieżącej dekady. Muzycy zadziwili krótszymi włosami i zgromadzili gigantyczną gromadę gotowych wznieść im pomnik fanów (dzień dobry!), ale zdają się nie zabiegać o ekspansję swojej myśli muzycznej na osobników dotychczas nie zarażonych "wirusem z Toronto". To fakt, że postępująca "elektronizacja" jakoś przybliża formację Lifesona w rejony nowoczesności-aktualności, jednak gra ona tak dlatego, że chce, a nie że musi. No i kwestia przebojów, na których naszej trójce nie specjalnie zależy. Alex: Po prostu piszemy cały album. nagrywamy go, a dopiero potem przygotowany już materiał dajemy wytwórni płytowej, razem z projektem okładki i wszystkimi innymi rzeczami. Mówimy im "Chcecie mieć singla? To sobie go sami znajdźcie!". Wytwórnia single znajduje, ale przebojów - nie

Peart, Lifeson i Lee od dawna trzymają się razem, a na pytania dotyczące działalności solowej zgodnie odpowiadają, że najważniejszy jest zespół. Świadomość że w kupie łatwiej czy obawa przed ryzykiem porażki, bo w końcu przez tyle lat mogli się sobie opatrzeć i choćby dla higieny psychicznej nagrywać samodzielnie? Lifeson: Czasami dziwi mnie, że byliśmy w stanie pracować razem tak długo i tak długo utrzymać się na poziomie, który zapewnił i artystyczny, i komercyjny sukces. Oczywiście napawa mnie to dumą, tym bardziej że dokonaliśmy tego bez kompromisów i utraty tożsamości. Warto tylko wspomnieć, że w 1985 roku Geddy w barwach Nothern Lights (czyli kanadyjskich gwiazd rocka) wziął udział w nagraniu piosenki "Tears Are Not Enough" opublikowanej na longplay'u "We Are The World".

Lifeson: Myślę, że zawsze będziemy sprzedawać określoną liczbę płyt, którą kupią ludzie zainteresowani tym, czego znowu dokonaliśmy. (...) Nagrywamy wyłącznie po to, żeby zadowolić siebie. Narzucamy sobie pewne standardy i staramy się im sprostać. Jeśli efektem tego jest popularna płyta, to oczywiście wspaniale, ale jeśli nie, przynajmniej mamy świadomość, że dokonaliśmy czegoś, co chcemy dokonać i wtedy jesteśmy usatysfakcjonowani artystycznie, a nie handlowo.

 

PŁYTY

I miesiąc temu, i dziś fruwały w tekście rozmaite tytuły rozmaitych utworów Rush. Teraz nadeszła pora. by wszystkie co wybitniejsze przyporządkować poszczególnym płytom, no i - "przy okazji" - przedstawić dyskografię naszych bohaterów. Kolejność wymieniania owych utworów (poza płytami koncertowymi) jest specjalna - pozwoliłem sobie uszeregować je według klucza własnej miłości.

"Rush" (1974 r., jedyny album nagrany z Rutsey'em) - "Finding My Way", "Working Man", "What You're Doing".

"Fly By Night" (1975) - "Anthem", "Beneath, Between And Behind", "Fly By Night", "By - Tor And The Snow Dog".

"Caress Of Steel" (1975) - "Bastille Day", "The Fountain Of Lamneth", "Necromancer", "Lakeside Park".

"2112" (1976) - "A Passage To Bangkok", "2112", "Something For Nothing".

"All The World's A Stage" (1976; podwójny album koncertowy z m.in. "Bastille Day", "Anthem", "Fly By Night", "Lakeside Park", "2112", "By - Tor And The Snow Dog", "Finding My Way").

"A Fareweli To Kings" (1977) - "Closer To The Heart", "A Farewell To Kings", "Xanadu", "Cinderella Man", "Cygnus X-1".

"Hemispheres" (1978) - "La Villa Strangiato", "The Trees", "Hemispheres".

"Permanent Waves" (1980) - "The Spirit Of Radio", "Jacob's Ladder", "Freewill", "Natural Science", "Entre Nous".

"Moving Pictures" (1981) - "Tom Sawyer", The Camera Eye", "Limelight", "Vital Signs", "Red Barchetta", "YYZ", "Witch Hunt".

"Exit... Stage Left" (1981; podwójny album koncertowy z "The Spirit Of Radio", "Red Barchetta", "YYZ", "A Passage To Bangkok", "Closer To The Heart", "Beneath, Between And Behind", "Jaoob's Ladder", "Broon's Bane", "The Trees", "Xanadu", "Freewill", "Tom Sawyer" i "La Villa Strangiato").

"Signals" (1982) - "The Analog Kid", "Subdivisions", "Losing It", "New World Man".

"Grace Under Pressure" (1984) - "Afterimage", "The Enemy Within", "Distant Early Warning", "Red Sector A".

"Power Windows" (1985) - "Marathon", "Emotion Detector", "Manhattan Project", "The Big Money".

"Hold Your Fire" (1987) - "Tai Shan", "Time Stand Still", "Mission", "Turn The Page".

Do nagrań z reguły przygotowują się w jakimś cichym domku na wsi, do którego wstawiają swój ogromniasty sprzęt. Tam pieczołowicie szlifują materiał, dbając o szczegóły i szczególiki. Tak, kiedy wchodzimy do studia - mówi Lifeson - to staramy się być w jak najlepszej formie. W studiu najczęściej zmieniamy tylko drobiazgi, np. instrumenty klawiszowe, przez co niekiedy zmienia się brzmienie gitary, która jest nagrywana po klawiszach. To ogromnie ważne, by nim się wejdzie do studia, jasno sobie zdawać sprawę, czego się właściwie chce. Jest wiele innych miejsc na świecie, gdzie można pracować nad pomysłami - studio jest na to za drogie.

Artykuł na temat Rush, w którym ani razu nie pada nazwisko producenta Terry'ego Browna, nie jest artykułem wartym zainteresowania czytelników. To właśnie Brown niemal od raczkowania tria z kraju Olimpiad w Montrealu i Calgary pomagał muzykom ustawiać charakterystyczne, pełne, natychmiast rozpoznawalne brzmienie. Rozstali się po "Signals". Lifeson: Rozmawialiśmy z Terrym i wyjaśniliśmy mu, że chcemy nauczyć się czegoś nowego. Naturalnie był on rozczarowany, ale mimo tego dał nam mnóstwo pożytecznych rad na co szczególnie powinniśmy uważać, a czego lepiej nie robić.

 

KONCERT

Artyści zrzeszeni w Rush wiele wysiłku wkładają w to, by ich zespół był równie dobry zarówno w studiu, jak i na scenie. Sporą uwagę przywiązują do tego, by w ognistych warunkach live w miarę dokładnie reprodukować pomysły utrwalane na płytach. Oczywiście największy problem z Geddy'm, który wziął na swoje barki tak wiele funkcji... Śpiewając miota się między basem i keyboardami, a gdy nie da rady grać "normalnie", podpiera się to "pedałowym syntezatorem", to pedałowym basem. Czasem - jeśli już nie może się roztroić - na pedałowym basie pomaga mu Lifeson, czasem pewne partie odtwarzane są z taśmy. W każdym razie Lee na koncertach się nie nudzi... Zdarza się - opowiada - że muszę zmienić frazę by pogodzić śpiewanie i granie, ale naprawdę próbuję śpiewać i grać równocześnie. To dla mnie takie wyzwanie (...). Dzięki doświadczeniu próbuję układać partie śpiewu i basu tak, by nie kłóciły się ze sobą, by mój mózg mógł iść tym samym tropem.

Rush stara się zachować równowagę pomiędzy dozowaniem wrażeń muzycznych i widowiskowych, choć zdarza się, że oprawa koncertów przekracza granice rockowego standardu. Peart: Wiemy jak ważne jest to, aby w czasie koncertu utrzymać podniecenie widowni. Projekcja filmów z tyłu sceny jest jeszcze jednym sposobem na podtrzymanie tego podniecenia. Wiemy, że istnieje kilka części naszego występu, które nie są tak aktywne muzycznie jak inne, tak więc najlepszą rzeczą jest upewnić się, że uwaga ludzi skoncentrowana jest na scenie. Efekty nic nie odbierają muzyce - jest to tylko kwestia jej podkreślenia lub zilustrowania. Mimo tego Kanadyjczycy rzadko decydują się na prezentację utworów spokojniejszych (np. "Losing It"), ów brak rekompensując choćby solówkami "dodatkowymi" (np. perkusisty w instrumentalnym "YYZ"), nie mówiąc już o niesamowitym zgraniu.

O Rush można w nieskończoność, ale ta dawka powinna wystarczyć...

JAN SKARADZIŃSKI

 

 


Od autora strony: Konieczne jest tu jedno sprostowanie. Nie jest prawdą, że Neil Peart ma jugosłowiańskie pochodzenie i nazywał się Nikola Petrovic. Neil Peart naprawdę nazywa się Neil Peart. Ten błąd czasami się powtarza w różnych artykułach.

Pismo Non Stop było jednym z dwóch pism muzycznych wychodzących w latach osiemdziesiątych, które traktowały o muzyce rockowej. W przeciwieństwie do poważnego Magazynu Muzycznego, NS był pismem o oryginalnym, luzackim stylu, którego próbkę (z typowymi, złośliwymi komentarzami redakcji) można znaleźć w tym artykule.

A w dalszej części pisma - reklama. Tak tak, już wtedy były reklamy. Dyrekcja kopalni węgla kamiennego "Wujek" przyjmie każdą ilość pracowników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych - mężczyzn w wieku od 18 do 40 lat - do pracy w oddziałach wydobywczych. Ach, to były czasy ;-)


[Z archiwum R]    [Strona główna]