RUSH BEZ TAJEMNIC

Z Geddy Lee specjalnie dla "MM" rozmawia Anne Leighton

"Magazyn Muzyczny", nr 6/89 (str. 9)


 

Koncerty grupy Rush stanowią spektakularną gratkę dla widzów, ponieważ zespół na scenie potrafi uzyskać płytowe brzmienie. Jednakże nie wszystko jest aż tak perfekcyjne. Przesłuchując nowy, koncertowy album A Show Of Hands z łatwością wyczuwa się emocję w głosie Geddy Lee, szaleńczą precyzję w grze Neila Pearta oraz drobne potknięcia gitarzysty/klawiszowca Alexa Lifesona. Dowodzi to, że Rush nie boi się pokazania swego prawdziwego oblicza. A może jest inaczej? Posłuchajmy co ma do powiedzenia Geddy Lee.

- Cieszę się, że wydajecie płyty koncertowe, bo kiedy nie mogę znaleźć jakiegoś waszego starego hitu wiem, iż trzeba go poszukać na tej nowej płycie lub All The World Is A Stage lub Exit Stage Left.

- To prawda. To takie kompilacje. Wydaje mi się, że A Show Of Hands to rodzaj antologii obejmującej cztery ostatnie płyty. Każda płyta koncertowa zawiera z reguły wybór nowych utworów bez uciekania się do powtarzania tych samych kawałków. Jedyny utwór jaki postanowiliśmy powtórzyć na tej płycie to Closer To The Heart, ponieważ ten utwór ciągle się zmienia. Jest w nim coś co można nazwać kwintesencją nas samych. On nas w pewien sposób przedstawia. Myślę, że przemawia do każdego wers po wersie, jest szczery i prawdziwy nawet w obecnych czasach, kiedy zaangażowanie stało się modne.

- W wielu utworach pojawiają się poważne zagadnienia.

- Wydaje mi się, że chyba najlepiej się nam pracuje, kiedy narzekamy na coś, co nas martwi. Coś, co w danej chwili jest dla nas bardzo ważne. Nie jest to najbardziej popularne podejście do pracy w rockowym światku. Ale przecież, gdy pracujemy oddziaływuje na nas świat, w którym żyjemy i mamy sobie na ten temat tyle do powiedzenia. Kiedy myśli się o tych kwestiach, ma się ochotę coś na ten temat powiedzieć i tak wykluwa się kolejny utwór.

- Neil pisze większość tekstów. Czy łatwo jest śpiewać cudze myśli i w jaki sposób się z nimi identyfikujesz?

- Nie ma problemu, kiedy całym sercem popiera się to, o czym mówi tekst i słowa same dosłownie schodzą z języka. Gorzej gdy tak nie jest. Wtedy trzeba przedyskutować treść utworu. Należy też chociaż w części się z nim zgodzić. Jeśli się jednak nie ma tego przekonania, nie należy tego numeru wykonywać. Nie ma bowiem mowy, by to zabrzmiało wiarygodnie. Czasami teksty wymagają wielu rozmów. Zawsze muszę się dowiedzieć, czy ja odbieram dany utwór w taki sposób, jak to sobie wymyślił Neil, czy może chodzi w nim o coś innego. Jeśli więc ja czegoś nie rozumiem, to wiadomo, że przeciętny słuchacz też tego nie zrozumie.

- W młodości wszyscy marzymy by coś osiągnąć. Kiedy sukcesy przychodzą szybko, zdarza się, ze ludzie się wypalają i giną z horyzontu. Czy Rush ma tego typu doświadczenia?

- Myślę, że wszyscy przeszliśmy przez okres wypalenia. Mnie zdarzyło się to po ostatnim tournee. Płyta Hold Your Fire i związane z nią tournee kosztowały mnie wiele pracy. Fizycznie był to dla mnie ciężki okres, podupadłem na zdrowiu. Jak nigdy dotąd nękały mnie przeziębienia i zapalenia gardła. Cóż, nie mam już 19 lat. Skończyłem 34 lata i ciągle jestem w podróżach. Mój organizm reaguje już inaczej na takie wykańczanie go dzień po dniu. Stąd też pomysł wydania płyty koncertowej, która pozwala nam nieco odsapnąć. Wiedzieliśmy, że tym sposobem pozyskamy pół roku spokoju, zanim trzeba będzie przystąpić do pracy nad nową płytą. I to pozwoli wyrwać się z rockowego kieratu, nie myśleć o zespole i karierze. Chcieliśmy mieć trochę czasu by poczuć się znowu ludźmi. Wszyscy czekaliśmy na taką przerwę, bo jesteśmy razem od 1973 r. To szmat czasu, więcej niż wiele rockowych karier. Zasłużyliśmy sobie na takie wakacje.

- A jak bliskie jest rockowe niebo, w którym się teraz znajdujesz, niebu, które sobie kiedyś wymarzyłeś?

- Zupełnie nie jest takie, jakie sobie wyobrażałem. Właściwie wcale go nie ma. Będąc dzieckiem, nie bardzo wiedziałem, co rozumiem przez pojęcie sukcesu. Była to raczej abstrakcyjna seria zamiarów i spekulowanie na ich temat. Kiedy udało mi się je zrealizować, okazało się, że wylądowałem w innym świecie. Może są tacy ludzie, którym spełniają się marzenia. Ja myślałem, że ten świat będzie podniecający i oszałamiający. Myślałem, że go pokocham, ale nie o to w tym chodzi.

- Rozumiem, ale chyba zdarzały się też miłe niespodzianki?

- Samo przeżycie tego wszystkiego to niepowtarzalne doświadczenie. Osiągnięcie sukcesu to wyczyn sam w sobie. Tyle się można przy tym nauczyć. Dziwne, ale czym bardziej się człowiek wznosi w tej hierarchii, tym mniej o tym myśli. Do pewnego momentu, kiedy jeszcze trzeba walczyć, myśli się o kwestiach finansowych, ambicji, sukcesie. Gdy się osiągnie pewien pułap, nie ma już tych zmartwień. Wtedy można spojrzeć na własny rozwój na różnych płaszczyznach - osobistej, estetycznej, kulturalnej, na swe życie przez pryzmat stosunków z innymi ludźmi. Zawsze jest więc coś, co zaprząta umysł. W moim przypadku zawsze chodzi o wspinaczkę, tylko następuje zmiana drabin.

 


[Z archiwum R]    [Strona główna]