WSPOMNIENIA DONNY HALPER Z POCZĄTKÓW KARIERY GRUPY

Donna Halper, kierownik muzyczny rozgłośni radiowej w Cleveland,
która po raz pierwszy w USA zagrała utwór Rush i przyczyniła się
do promocjii grupy w początkach jej działalności.

Autor: Donna Halper

Tłumaczenie: ślusarz


 

Dużo osób jest nieświadomych tego, iż jedną z osób, które odkryły Rush jest Donna Halper. Jej historia opowiada o tym, jak pierwszy album zespołu zmienił jej życie i jak stała się bliską przyjaciółką Geddy'ego, Alex'a i Neil'a.

 

Na przestrzeni kilku lat bardzo dużo osób pytało mnie, czy opowiem historię o tym, jak poznałam i odkryłam Rush. Nie opowiadam tej historii często, ponieważ może ona brzmieć zarozumiale, czy egocentrycznie. Opowiedziałam ją paru dziennikarzom i pisarzom, z czego wynikły wersje bardzo powierzchowne i skrócone. Ale kiedy zostałam poproszona o więcej szczegółów, oto one- mam nadzieję, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

 

To było w roku 1974, kiedy byłam sama w Cleveland. Nie uważam żeby było to coś dramatycznego- to tylko część historii. Pracowałam dla rockowej stacji, WMMS- FM, która dopiero zaczynała być prawdziwym rockowym radiem- później została nim na długie lata. Więc byłam daleko, daleko od Bostonu(, w którym dorastałam), w mieście, w którym nikogo nie znałam, pracując dla stacji, w której częścią życia była zabawa. Poza tym zupełnie nie pasowałam do tego miejsca. Przyjechałam do Cleveland, po to, żeby grać rock' n' roll i żeby być kierowniczką stacji radiowej. Nie jestem zabawowa z natury- tak naprawdę jestem zadowolona, kiedy pracuję. Przebywanie na antenie nigdy mnie nie przerażało. Przebywanie w jednym pokoju z osobami, których nie znam i rozmawianie z nimi było dla mnie nieprzyjemne. Dodajcie do tego narkotyki- to było naprawdę nieprzyjemne. Ale byłam tam i byłam na tyle zdeterminowana, żeby w WMMS nastał mój czas; próbowałam w tym wszystkim znaleźć pozytywne aspekty. Reszta załogi uważała mnie trochę za dziwaczkę( d.j. w stacji rockowej uczący w Szkółce Niedzielnej nie był na porządku dziennym). Na szczęście bycie dyrektorem stacji radiowej pochłaniało wiele czasu, miałam, więc okazję słuchać wszystkich albumów, które WMMS dostawało co tydzień i wybierać te warte uwagi.

 

Zawsze miałam dobre stosunki z ludźmi od promocji muzyki, ponieważ kochałam grać nową muzykę i dawać szansę młodym zespołom. I zawsze, bez jakiegoś powodu interesowałam się zespołami z Kanady. W Bostonie po raz pierwszy zagrałam Bruce'a Cockburn'a, Murray'a McLaughlin'a i w szczególności kilka zespołów francusko- kanadyjskich. To z tego powodu, kiedy przyszłam do WMMS, promotor z Kanady przysłał mi materiał, z nadzieją, że mi się spodoba( zawsze mówiłam, że mam ucho do hitów). Pewnego dnia dostałam paczkę od starego przyjaciela, Boba Ropera, który wtedy pracował dla Kanadyjskiego A&M. W paczce znajdował się album i notka. Album wyglądał jakby był "domowej produkcji", a w notatce było napisane, że to miejscowa kapela( Toronto), ale nie do końca kanadyjska - dodał - miej dużo zabawy ze słuchaniem ich. Grupa wydała swoje własne nagrania, w założonej przez siebie wytwórni Moon Record. Z grzeczności dla Roper'a, który nigdy nie przysłałby mi niczego, w co sam by nie wierzył, włożyłam płytę do gramofonu. Chciałabym powiedzieć, że byłam od razu zaskoczona, ale nie byłam. Singlem był utwór "In the Mood", nie słyszałam tego w naszej stacji. Ale tam były również dłuższe utwory, więc zmieniłam ścieżkę na "Working Man". Szybko zrozumiałam, dlaczego Roper uwierzył w potencjał tej kapeli. Wokalista( wtedy jeszcze nie znałam jego imienia) brzmiał jakby był klonem Led Zeppelin. Ale ten zespół miał w swojej muzyce pewną energię, która była by doskonała dla słuchaczy. Kiedy przesłuchałam kolejny utwór, "Finding My Way", przekonałam się do tej muzyki. Zabrałam nagrania, zeszłam po schodach( moje biuro i studio było na górze) i weszłam do Denny'ego Sandersa. Denny też miał dobre ucho. Poprosiłam go, żeby posłuchał czegoś z płyty i on zaczął słuchać "Working Man" w swoich słuchawkach. Nie musiałam długo czekać na reakcję. Zapytał się, co to za zespół i skąd jest. Odpowiedziałam mu, że nie wiem za dużo o nich, oprócz tego, że pochodzą z Toronto. Moja miłość do kanadyjskich zespołów brzmiała trochę jak żart, ale w tym momencie Danny zgodził się ze mną- ten album należy zagrać od razu. I puścił go. Dlatego mogę powiedzieć, że pierwszą piosenką Rush jaka została puszczona w USA był "Working Man". Prawie natychmiast rozdzwoniły się telefony z pytaniami, kiedy wyjdzie nowy album Led Zeppelin. Danny wyjaśniał, że to był pewien nowy zespół z Kanady, a nie Led Zep. Fani z Cleveland nie byli chętni do importowania płyt, więc padały również pytania gdzie można dostać ten album. To był wieczór, a ja miałam tylko jedną kopię, więc następnego dnia zadzwoniłam do Boba Ropera, podziękowałam za nowy, ciekawy album i poprosiłam go o kontakt do managera tego zespoły w celu importu kopii do sklepu w Cleveland. Dał mi adresy do Ray'a Danniels'a i Vic'a Wilson'a, a ja do nich zadzwoniłam. Nie pamiętam, z którym z nich pierwszym rozmawiałam( myślę, że to był Vic), ale obaj byli bardzo zaskoczeni z tego, że dostali telefon ze sporej stacji radiowej z Ameryki. Powiedzieli mi, że w Toronto nikt nie chciał dać im szansy i byli szczęśliwi z tego, że mogli być grani w Cleveland. Nie mieli pomysłu jak z "Working Man" zrobić znaną piosenkę, którą się stała za kilka dni; do set- listy dodaliśmy poza tym "Finding My Way" i "Here Again". No i, jasne, "In The Mood". Popularność tych utworów rosła, dostawałam telefony ze sklepów muzycznych, więc poprosiła Vic'a i Ray'a o przesłanie kilku kopii. Dużym sklepem importującym płyty był "Record Revolution", a jego manager, Peter, bardzo szybko sprzedał wszystkie egzemplarze. Tymczasem promotor koncertowy, który oglądał set- listę WMMS bardzo uważnie, Jules Belkin zanotował wielkie zainteresowanie kapelą, której nigdy jeszcze nie słyszał- i która wywoływała spore zainteresowanie. Zadzwonił do mnie i poprosił o jakieś spotkanie z menagerami zespołu, a ja akurat byłam w trakcie ściągania płyt Rush do Cleveland i samego Rush. Pamięć nieraz płata nam figle, ale dokładnie pamiętam moje pierwsze spotkanie z zespołem. Czułam się jak ich "Wielka Siostra". Byli wtedy tacy młodzi i nowi w roli "gwiazd rocka". Chciałam być pewna, że nikt mi ich nie zabierze. Byłam zaskoczona, jacy byli mili; na przestrzeni lat spotykałam dużo muzyków ( pracowałam prawie 3 lata dla ABC Radio, pisząc artykuły i nieraz robiąc wywiady z "wielkimi nazwiskami" muzyki.), ale w nich było coś prawdziwego- bez pretensjonalności, pieprzenia, to, co widziałeś, to byli naprawdę oni. Geddy był naprawdę zaskoczony, kiedy pokazywałam zespołowi Cleveland- a ludzie poznając go ze zdjęcia na albumie wołali za nim., kiedy szedł ulicą. A kiedy grali pierwszy koncert w Cleveland, ludzie znali piosenki i śpiewali je z nimi. Byli bardzo zdenerwowani i spięci na scenie-, kto by nie był-, ale Vic, który z nimi przyjechał i ja rozmawialiśmy w hali i powiedział mi- "nie martw się, nie chcemy cię opuszczać"- i nie opuścili mnie do dziś.

 

Geddy i ja zostaliśmy przyjaciółmi bardzo szybko. Byłam zaskoczona tym, że był Żydem( nie znałam za dużo rockowych wokalistów żydowskiego pochodzenia, (może prócz Kinky'ego Friedman'a.), Poza tym wytłumaczył mi skąd wzięło się jego imię "Geddy"- od jego babci, która z żydowskim akcentem próbowała wymówić poprawnie jego prawdziwe imię- "Gary" ( swoją drogą miał takie same drugie imię jak ja- Lee). Polecał mi dobre restauracje w Toronto, opowiadał o swojej dziewczynie( teraz żonie), o tym jak rozczarował rodziców, kiedy nie skończył szkoły wyższej, o tym jak on i zespół walczył o to by być znanym w Toronto. Od pierwszego spotkania z nim w Cleveland czułam, że poznałam nowego przyjaciela i byłam dumna z tego, że mogę mu pomóc spełnić jego marzenia. Zawsze kochałam być producentem muzyki, chociaż nigdy nie spotkałam zespołu, który by wyprodukował wielki hit. Ale teraz czułam, że naprawdę byłam częścią czegoś wielkiego. Geddy'ego nie interesowało to, że nie bawiłam się, że nie piłam, czy nie ćpałam. Sam musiał skończyć z zabawowym trybem życia, kiedy się ożenił i zaczął pracować z zespole- nie chciał marnować swojej szansy. Nawiasem mówiąc, Kanada zawsze miała dużo zdolnych artystów, których wysyłała do USA ( Neil Young, Joni Mitchell, etc. W każdym razie koncerty Rush w Cleveland przysporzyły zespołowi więcej wiarygodności. Już nie byli tylko następną kapelką, grającą w lokalnych barach w Toronto.

 

Kiedy sklepy płytowe przestały dzwonić, zaczęły wytwórnie nagraniowe. Zainteresowane były niektóre wielkie wytwórnie jak Columbia i te mniejsze jak Mercury. W tym czasie miałam spory wpływ na zespół( nieraz powtarzałam, że nie byłam tylko ich przyjaciółką, ale czasem też Wielką Siostrą), więc zaczęto mnie przekonywać na jakiś kontrakt. Ostatecznie powiedziałam kilka dobrych słów o Mercury, o tym, że są nimi zainteresowani, że nie chcą ich zgubić w szufladzie. Promotorem był wtedy Cliff Burnstein, który obiecał mi, że chce poświęcić trochę czasu grupie, jeżeli kontrakt zostanie sfinalizowany. Mercury miało BTO, ale potrzebowali innej rockowej kapeli. Vic i Ray podpisali umowę i Rush miał kontrakt. Mercury nie chciało tracić czasu i postanowiło wydać pierwszą płytę nagraną dla Moon Record- pomiędzy wydaniami było kilka różnic w okładce(m. in. zmiana logo Moon Records na Mercury). Poza tym amerykańskie wydanie było zadedykowane dla mnie, żeby "kule się toczyły". Nigdy nie miałam albumu zadedykowanego specjalnie dla mnie- ludzie często pytają się mnie czy dostałam za to jakieś wynagrodzenie, ale myślę, że otrzymałam dużo więcej- przyjaźń, która przetrwała przez lata.

 

Historia odejścia z zespołu John'a Rutsey'a ma kilka wersji, a jego zdrowie to tylko jej część. Zespół przesłuchał kilku perkusistów,a ja doradziłam im, żeby wybrali Neila, bo jego styl pasował do nich, był jak by bardziej angielski( coś jak Keith Moon), a on sam był bardzo kreatywny, dołączył do pisania utworów. Kiedy jednak następnym razem spotkaliśmy się w Clevaland wynikł z tego mały problem; Geddy i Alex zawsze byli przyjaciółmi, ale Neil był jakby z tyłu- nie było to przyjemne. Poza tym wydawał się urażony moimi relacjami z pozostałymi dwoma muzykami. I wtedy znalazłam powód, Geddy był onieśmielony przez Neil'a- jakimś sposobem Geddy był przekonany, że Neil jest inteligentniejszy i wymowniejszy. Zapamiętałam, że Geddy nie skończył wyższej szkoły i zaczęłam się starać, żeby oni wszyscy zaczęli się lepiej dogadywać. Skłamałabym, jeśli bym powiedziała, że byli świetnymi kumplami. Zaprosiłam Neil'a do swojego apartamentu, porozmawialiśmy godzinkę, m. in. o Geddy'm i wtedy zauważyłam, że Neil ma jakby trochę lekceważący stosunek do CZEGOŚ- miałam nadzieję, że nie do nich. Ale w końcu udało mi się go poznać i okazało się, że jest naprawdę bardzo sympatyczny. I lojalny. Poza tym doceniał to, co zrobiłam dla zespołu i do dzisiaj, kiedy mnie widzi jest bardzo serdeczny i kiedy pewnego razu zabrałam moją córkę do ich garderoby uściskał mnie i rozmawiał z moją córką parę minut. Ona nigdy tego nie zapomni. W końcu wszyscy się tak naprawdę poznaliśmy- Geddy zrozumiał, że może być lepszy od Neil'a, a Neil pojął, że czasem jak coś mówi, to może być to przykre dla innych. A ja miałam przyjemność to wszystko oglądać i miałam na to wpływ. Na następnym albumie Rush, "Fly By Night", Neil odwalił kawał dobrej roboty, miał duży wpływ na muzykę zespołu. Dla mnie był tylko następnym etapem w tym jak Rush rósł w górę. Geddy i Alex nigdy nie chcieli być jakąś kupelką barową, mieli dużo pomysłów na utwory i potrzebowali Neil'a, który dał z siebie wszystko. Byłam bardzo zadowolona, że mogę wysłuchać nowego materiału na żywo- zawsze mogłam być "za sceną". Widziałam Kiss bez makijażu, widziałam ZZ Top zirytowane entuzjastycznym przyjęciem Rush, który tylko otwierał koncert i kiedy muzycy chcieli zagrać coś na bis, faceci z ZZ Top wyłączyli im sprzęt... Spotkałam Howard'a "Herns" Ungerlieder'a i resztę cudownych ludzi na trasie. Widziałam jak zespół staje się coraz bardziej popularny i cały czas składa się z tych samych chłopaków z roku 1974. Tak, teraz są bardziej rozgarnięci. Geddy przestał się martwić, że inspiracją dla piosenki "I'm Think I'm Going Bald" była jego obawa, że jego włosy są za bardzo rozczochrane.

 

Więc to jest ta historia, próbuję ją jakoś ulepić. Dzięki Rush nareszcie mogłam opuścić Cleveland- Mercury zdecydowało, że skoro odkryłam jedną świetną kapelę, to może mi się udać z innymi- wysłano mnie do Nowego Yorku i zostałam pierwszą kobietą Kierownikiem Artystycznym. Miałam darmowe wycieczki do Kanady, przejazdy limuzynami, darmowe obiady i posiłki. Nigdy nie odkryłam "drugiego Rush"- a Mercury zamknęło swój oddział w Nowym Yorku i musiałam powrócić do radio-, ale i tak była kupa zabawy. Jak zakończyć tą historię- ona tak naprawdę nie ma końca. Do dziś, chociaż już się tak nie trzymamy jak kiedyś mogę wejść do ich garderoby i wszystko będzie takie samo jak kiedyś. Dlatego jestem dumna, że byłam pewną częścią ich sukcesu. Mam wszystkie złote ich albumy, wiszące na mojej ścianie, mam wspomnienia z czasów, kiedy nikt w nich nie wierzył, kiedy nikt, prócz Boba Ropera i mnie nie widział w nich potencjału. Kiedy to wszystko opowiadam, wydaję się to takie dramatyczne. Po tym, jak ich odkryłam byłam tak popularna jak oni, a to, co mi pomogło to wiara w nich i kilka telefonów do ludzi zajmujących się muzyką- to tylko pokazuje jak determinacja jednej osoby może zmienić bardzo dużo. Nie wróciłam już do Cleveland po 1975r, ale ciągle mogę zobaczyć halę, w której grał Rush, ciągle mogę zobaczyć siebie samą i Geddy'ego, rozmawiających o radiu, ciągle mogę zobaczyć Ray'a i Vic'a mówiących, że nigdy mnie nie opuszczą, za to, że mam wielką wiarę w nich. Może po prostu znalazłam się o właściwym czasie we właściwym miejscu, ale czuję się dobrze, kiedy wiem, kto zrobił z ich numerów hity i kto po raz pierwszy przedstawił ich amerykańskiej publiczności; mam nadzieję, że to was nie nudzi; dzięki za możliwość powrotu do tych chwil i miejsca, które zmieniło nas wszystkich. Cleveland...1974....

 


[Z archiwum R]     [Strona główna]