POSPOLITE RUSHENIE

Wywiad z Alexem Lifesonem

Przeprowadził Piotr Stelmach
Wywiad wyemitowany w Programie 3 Polskiego Radia w roku 1999

Nadesłał Euzebiusz Jaśkiewicz


 

Rockowa orkiestra z Toronto. Jest ich trzech. Geddy Lee - basista, klawiszowiec i człowiek, który ma bardzo wysoki, charakterystyczny głos. Neil Peart - nie wiem, być może mało do tej pory słuchałem muzyki, ale według mnie jest to najlepszy obecnie grający perkusista na świecie. I ten, z którym przeprowadzałem wywiad - Alex Lifeson, zaliczany do czołówki rockowych gitarzystów. Nim jednak opowiedział o najnowszej płycie, o tym, co dzieje się w zespole Rush, spytałem go o słowiańskie korzenie muzyków.

Moi rodzice pochodzą z Jugosławii. Po II wojnie światowej wyemigrowali do Kanady. Tutaj spotkali się i zamieszkali w zachodniej części British Columbia. Ja wychowywałem się i dorastałem w Toronto. Właściwie to spędziłem w tym mieście całe swoje życie.

A jak było z Neilem Peartem?

Podobnie. Neil wychowywał się w małym miasteczku niedaleko Toronto. On też mieszkał tutaj przez całe swoje życie. Tak samo było z Geddym. Byliśmy jeszcze bardzo młodzi kiedy nasze drogi po raz pierwszy się skrzyżowały. Ile mogliśmy mieć wtedy lat? Trzynaście, może czternaście.

Czy chcielibyście kiedyś odwiedzić rodzinne strony?

Oczywiście. Bardzo chciałbym tam pojechać.

Nigdy tam nie byłeś?

Kiedy miałem trzynaście lat byłem z rodziną przez dwa miesiące w Jugosławii. To były takie krótkie wakacje na wybrzeżu adriatyckim.

Co działo się z zespołem Rush od momentu wydania ostatniej studyjnej płyty Test For Echo w roku 1996 aż do chwili obecnej? Czy dużo koncertowaliście?

Tak, byliśmy w długiej trasie. Zaczęliśmy jesienią 1996 r., skończyliśmy w lipcu 1997 r. To było tournee tylko po Ameryce. To była bardzo ciężka praca. Po raz pierwszy w naszej karierze graliśmy trzygodzinne koncerty. Najpierw była część pierwsza, później krótka przerwa i ciąg dalszy. To była naprawdę mordercza gonitwa. Sposób, w jaki układaliśmy materiał na płytę Different Stages - Live był bardzo podobny do programu naszych koncertów. Zaczynaliśmy od utworu Dreamline, pierwsza odsłona kończyła się cyklem 2112. W drugiej części graliśmy na początek Test For Echo. Dobierając materiał na tę płytę staraliśmy się by nasze najświeższe koncerty zostały na niej dość precyzyjnie odtworzone.

Opowiedz dokładnie jak powstawał album Different Stages. Czy to był dokument z wielu koncertów, czy skoncentrowaliście się przy układaniu materiału na płytę na jednym tylko występie?

Tak naprawdę nagrania te pochodzą z trzech koncertów. Jednak lwia część materiału to zapis koncertu w Chicago. Wybierając materiał chcieliśmy, by były to występy, podczas których zespół brzmiał najlepiej i miał najlepszy kontakt z publicznością. Nagraliśmy podczas tego tournee 42 taśmy. Z poprzedniej trasy koncertowej mieliśmy mniej więcej tyle samo. Musieliśmy to wszystko przesłuchać i wybrać najlepsze fragmenty.

Jesteście zmęczeni?

Tak. Jesteśmy wykończeni tym piekielnie męczącym słuchaniem zespołu Rush.

Jak sądzisz, czy każdy z waszych albumów koncertowych był bardziej początkiem czy końcem pewnego etapu kariery zespołu Rush?

Myślę, że raczej końcem. Te płyty wyznaczały koniec pewnego etapu w historii naszego zespołu i pozwalały na wzięcie głębszego oddechu i odpoczynek. Mogliśmy odpocząć od pracy w studiu i na scenie. Było więc sporo czasu by wyciszyć się, by to i owo przemyśleć i zdecydować, w którym kierunku zespół uda się na następnej płycie.

Ja osobiście postrzegam album Different Stages - Live jako rodzaj wprowadzenia do muzyki zespołu Rush w XXI wiek.

Może i tak. Dla mnie jednak osobiście Different Stages sumuje naszą muzykę, nasz cały dotychczasowy dorobek. Tu jest kilka utworów, które już wcześniej ukazywały się na naszych płytach koncertowych, np. Closer To The Heart. Taka retrospekcja jest ciekawym zabiegiem. Można bowiem pokazać daną piosenkę na przestrzeni dwudziestu lat jej istnienia. Zobaczyć jak przez ten czas dojrzewała. Można wyczytać to po reakcji publiczności. Moim zdaniem jest to ciekawy eksperyment. A jeżeli chodzi o przyszłość? Czy ja wiem co będzie później? Wchodzisz do studia i nie jesteś do końca pewny co ci strzeli do głowy, jaki nowy pomysł może cię oświecić. Tyle razy już to robiłeś i zawsze coś z tego wychodziło. Nie można jednak tak od razu wstrzelić się w nowe rzeczy i wystartować z czymś świeżym. To dopiero jest przed nami. Na razie mamy płytę Different Stages, która dla mnie jest, jeszcze raz to podkreślę, znakomitym podsumowaniem naszej kariery. Również i z tego powodu, że znajdują się na niej i takie nagrania, które powstały przeszło dwadzieścia lat temu, a to sprawia, że to jest ciekawa kompilacja.

Czy myślicie już o następnej płycie studyjnej?

Nie, teraz nie. Najpierw chcemy się zająć płytą Different Stages, jej promocją i związanymi z tym sprawami. Jeżeli chodzi o Different Stages, zaczęliśmy miksować materiał na tę płytę jeszcze podczas ostatniego tournee w 1997 r. Mieliśmy wtedy trzy miesiące przerwy między pierwszą a drugą częścią trasy koncertowej i poświęciliśmy je na wstępne przygotowanie i miksowanie materiału. A to wszystko zabrało nam około dwóch lat. Chcemy teraz na tej płycie, na jej promocji się skoncentrować.

Zespół Rush istnieje od 1968 roku, nagrywa od 1974 roku w niezmienionym składzie. Co pozwoliło wam przetrwać ze sobą aż 25 lat?

Mieliśmy dużo szczęścia. Poza tym, jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Wiesz, wspólne troski, radości, doświadczenia. Cieszymy się bardzo swoim towarzystwem, co nie przeszkadza nam również rozwijać się indywidualnie. Zawsze mieliśmy bardzo wyraźny obraz tego, czego chcieliśmy dokonać. Chcieliśmy być przede wszystkim dobrymi muzykami. Chcieliśmy umieć pisać dobre piosenki. Rush to zespół ludzi mających bardzo zbliżone pojęcie o muzyce. To jest bardzo trudne, grać ze sobą tak bardzo długo. Myślę, że nawet gdyby Rush nie istniał, i tak przyjaźnilibyśmy się ze sobą.

W ostatnich latach, tuż po eksperymentach z syntezatorami, zespół powrócił do swojego pierwotnego brzmienia, do trzech instrumentów - gitary, gitary basowej i perkusji. Czy w dalszym ciągu, na następnych płytach, będziecie podążać w tym kierunku?

Myślę, że tak. Eksperymentowaliśmy z syntezatorami w późnych latach osiemdziesiątych. Natomiast teraz chcieliśmy powrócić do naszego pierwotnego, prawdziwego brzmienia. Chcieliśmy powrócić do naszych korzeni. Ogromną satysfakcją było dla nas nagranie płyty Test For Echo. Praca nad nią była dla nas prawdziwą radością. Ten krążek ma w sobie coś specyficznego, szczególnego. Myślę, że utrzymamy ten kierunek w przyszłości. Syntezatory służą tylko do podkolorowania całości. Jednak dla nas zawsze bardziej liczyły się żywe instrumenty i chcielibyśmy, żeby to one odgrywały w naszej muzyce rolę wiodącą.

Czy czujecie się zespołem klasycznym?

Wiesz, już samo to, że jesteśmy ze sobą 25 lat, jest klasycznym. Myślę, że Rush jest unikalnym zespołem, czymś zupełnie odmiennym, niż wszystkie inne grupy. I w tym sensie jest oczywiście klasykiem. Nigdy nie byliśmy częścią jakiegoś trendu, jakiejś muzycznej mody. Nie można nas było w sposób oczywisty zaszufladkować. Dzięki temu nie jest to zespół stricte klasyczny. Ale fakt, że gramy ze sobą tak długo sprawia, że jesteśmy wyjątkowym zespołem. Nie ma przecież zbyt wielu grup, które grają ze sobą w tym samym składzie przez 25 lat.

Mówi się o was często, że jesteście rockową orkiestrą, że właściwie na scenie gra tylko trzech ludzi, a słychać jakby grała cała orkiestra. Jak uzyskujecie takie perfekcyjne zgranie na scenie? Co robicie, by brzmieć tak dobrze?

Ja nie wiem czy jesteśmy aż tak bardzo perfekcyjni. Staramy się po prostu być jak najlepsi. Kiedy występujesz na scenie, narzucasz sobie jakieś rygory, dyscyplinujesz się. Jeżeli coś wydaje ci się wyjątkowo trudne, wtedy wkładasz w to jeszcze więcej pracy, zaangażowania, a efekty kiedyś wreszcie przychodzą. Tak samo jest podczas pracy w studiu, dajemy z siebie wszystko przez cały czas. Tak samo jest również podczas koncertów i w życiu prywatnym. Staramy się, aby wszystko, co pochodzi od nas, było zawsze najwyższej jakości. To tak jakby wyznaczać sobie w życiu pewne standardy i według tych standardów żyć.

Po 25 latach - to przecież szmat czasu - czy koncertowanie jest dla muzyków zespołu Rush trudną rzeczą?

Podróżowanie jest trudne, samo granie - nie. Podczas naszego ostatniego tournee przeżyłem wspaniałe chwile. To była moja ulubiona trasa koncertowa. Bardzo lubię występować na żywo, ale same podróżowanie, przemieszczanie się z miejsca na miejsce może być bardzo wyczerpujące i jednocześnie przytłaczające. To przytłacza cię zwłaszcza po tylu latach. I to jest swoisty test. Możesz sprawdzić się wtedy duchowo, możesz sprawdzić stan swoich emocji. Podczas ostatniej trasy wspaniale się bawiliśmy. Cieszyliśmy się tym wszystkim, tymi koncertami granymi noc po nocy. Granie dla publiczności nie stanowi dla nas żadnego problemu.

Zespół Rush występuje w niezmienionym składzie od 1974 roku. Wcześniej w grupie był inny perkusista - John Rutsey. Wtedy doszło do pewnych przetasowań w zespole. Poproszę cię teraz, abyś krótko tę historię przypomniał.

Na samym początku działalności z grupy odszedł Geddy Lee. Nie graliśmy wtedy żadnych koncertów. To były tylko występy w liceach i małych kawiarniach. Nasz pierwszy perkusista - John Rutsey - miał duży wpływ na zespół. To były nasze osobiste problemy. Byliśmy wtedy jeszcze bardzo młodzi. Nie wiedzieliśmy za bardzo co robimy. Nie wiedzieliśmy za bardzo w jakim kierunku będziemy zmierzać. Cieszyło nas jednak to, co robiliśmy. Geddy zdecydował się nas opuścić i dołączyć na 4-5 miesięcy do innej grupy. Któregoś dnia spotkaliśmy się i powiedzieliśmy mu: hej, zacznijmy znowu grać razem. I po prostu wrócił. Jeżeli chodzi o Johna Rutsey'a, to było tak. John Rutsey miał kłopoty ze zdrowiem. Przestraszył się czekającego nas wkrótce tournee po Ameryce, kontraktu z dużą wytwórnią. Zrezygnował, dając nam jednak czas na znalezienie następcy. Przesłuchiwaliśmy kilku perkusistów. Pamiętam, że Neil Peart był drugi w kolejności. I już po kilku pierwszych sekundach wiedzieliśmy, że to jest to. Próby trwały około tygodnia i ruszyliśmy w drogę.

Jego przyjście było dla zespołu Rush bardzo ważne.

Bezapelacyjnie. I to nie tylko dlatego, że jest genialnym muzykiem. Neil został wspaniałym autorem tekstów. Stał się nietuzinkowym twórcą.

Były jakiś czas temu takie plotki, jakoby Neil Peart, ten genialny perkusista, miał tytuł naukowy, jeżeli chodzi właśnie o grę na perkusji.

Nie, on nie ma tytułu doktora. Ma co prawda pseudonim "profesor", ale doktorem jeszcze nie jest.

Ostatnie pytanie. To pytanie staram się zadawać wszystkim wielkim muzykom, z którymi mam okazję rozmawiać. Jak odnajdujecie się w tym nowym muzycznym świecie lat dziewięćdziesiątych?

Cóż, moja reakcja jest w zasadzie neutralna. Muzyka, świat muzyczny wydają się teraz bardzo rozproszone i podzielone. Jest tyle muzycznych stylów, tylu różnych muzyków, artystów i rodzajów słuchaczy. Z jednej strony to dobrze, z drugiej wydaje się, że muzyka rockowa pozostaje gdzieś w cieniu. Nie ma jednego jasnego i sprecyzowanego kierunku rocka i to sprawia, że wszyscy tęsknią, wyczekują czegoś nowego, wielkiego.

Rozmawiał: Piotr Stelmach

 


[Z archiwum R]    [Strona główna]